wtorek, 8 sierpnia 2017

"Mogę być dobra, nawet bardzo, lecz także zła, jeśli zechcę." - Catwoman


*Sol*wiek nieznany*Atlantyda*


    Samą siebie nazywa po prostu kobietą, czasami w przypływie humoru i weny wiedźmą, choć sama nie przeczuwa nawet, że jest pół demonem, Alu-bies. 
Choć wie, że żyje w niej magia - dziedzictwo starszej krwi; nie potrafiąc jej okiełznać i zrozumieć, poddaję się temu i pozwala prowadzić. Pochodząca z zewsząd po trochu, z przeszłością naznaczaną enigmą, przyszłością okrytą ciszą, nazywana jest przez jednych uzdrowicielką, innych raganą, jeszcze innych wyrocznią. A i tak większość w nią po prostu nie wierzy. W nią i w podobnych do niej.
    Jest wrażliwa na obce aury, ponadto potrafi je wyczuć i rozpoznać, a ziołolecznictwo, tajniki trucizn, rzucanie uroków, wypatrywanie wróżebnych znaków i czynienie drobnych cudów to dla niej chleb powszedni, choć nie zwykła do chwalenia się swoimi umiejętnościami. Przy piersi nosi magiczny talizman- kawałek Gwiazdy, który ma ją chronić i dzięki któremu przeczucia zwykle jej nie mylą. Największym jej darem zaś i przekleństwem zarazem jest jasnowidztwo- choć najtrudniejsza to sztuka, a wizje nachodzą ją nieproszone i w najmniej odpowiednich momentach.
    Nie znajdziesz jej od tak, gdy jej potrzebujesz, lepiej popytaj i poczekaj, aż ona sama cię odnajdzie. Bo Sol po cichu podąża tam, gdzie jej każą Głosy, gdzie Los i Przeznaczenie splecione ze sobą ją wzywają, gdzie Klątwy czekają na spełnienie, a Fatum niesie z wiatrem swe pieśni.
    W drodze odwagi dodaje jej unikalne podwójne ostrze o nieregularnych fantazyjnych krawędziach. Broń ta dodaje odwagi, nigdy jednak ciepła, jakie dałaby chociaż namiastka obecności towarzysza. Gracji w krokach nie ujmuje też niewidoczny na pierwszy rzut oka krótki sztylecik przyczepiony przy kostce kobiety.
      Nie ma domu, przez co toczy walkę sama ze sobą, jako samotny włóczykij i kobieta szukająca ciepła. Rodzina żyje w niej, wszystko co widziały jej matki, siostry i poprzedniczki, czego posmakowały, co poznały, czego doświadczyły. Zatrzymuje się w pustych chatach, leśnych gaikach, na nieodwiedzanych poddaszach, a nawet wykazuje niezwykłą krnąbrność, bez pytania goszcząc w komnatach wielkich posiadłości podczas nieobecności gospodarzy, o czym nikt nigdy się nie dowiaduje. Nie jest to wcale głupota, ale pewność, że nawet gdyby stała jej się krzywda - nigdy nie nadejdzie najgorsze. Sol nie może umrzeć, nie jest nieśmiertelna, ale za każdym razem wybudzi się z snu wiecznego, taka sama jak zawsze - w ciele młodej dziewczyny. Została przeklęta i objął ją samsar, a działo się to wiele wieków temu, gdy nie można było rozróżnić tak wielu światów, jak teraz. 
    Środków na życie zwykle jej nie brak, zajmując się bowiem drobnymi, acz nietypowymi zleceniami, nie ma prawa narzekać na zły Los. Zwłaszcza, że ten stoi po jej stronie. Często sprzedaje zdobyte w różnoraki sposób, czasami i mało legalny, przedmioty magiczne, okultystyczne, szamańskie, religijne, sama też odprawia rytuały, albo egzorcyzmy za odpowiednią stawkę. Zdarza się, że na kilka tygodni przyjmie rolę tancerki w jakiejś spelunie, barmanki w tawernie, albo kochanki w burdelu, bo żadna praca nie hańbi i każdy zawód po coś został stworzony. Zdecydowanie zbyt często jak tam gdzie akurat się zakotwiczyła, można spotkać ją w miejscach nietypowych na samotne wędrówki jak cmentarz w czasie pełni, jezioro topielców w górach, czy najciemniejsze zakątki lasu w którym szumi tylko rzeka i wiatr na liściach.
    Kocia zwinność, niezwykle czułe zmysły i zręczność dodają jej pewności siebie, a nauki jakimi ją raczono, czasami i wbrew jej woli, sprawiają, że wie i potrafi dostrzec więcej, niż powinna, czy by potrzebowała do szczęścia. Od dziecka wychowywana była przez wielu, przechodziła z rąk do rąk jak niechciana zguba, nie mogąca znaleźć własnego miejsca. A najdziwniejsze, że nie może dotrzeć do prawdy o swoich prawdziwych rodzicach, choć też szczególnie nie stara się jej odnaleźć. Wie na pewno, że matka jej należała do starego rodu potężnych wiedźm, ojciec zaś to tajemnicza i pociągająca postać, która była nieuchwytna niczym widmo.
    W chwili obecnej, ceniąc sobie własną wolność i niezależność, usilnie stara się uciekać wszelkim domom, gildiom i organizacjom i odmawia przynależności gdziekolwiek, do czego i kogokolwiek. Jest to momentami jednak bardzo uciążliwe, zwłaszcza gdy pewne kręgi wiedzą o jej umiejętnościach i znają wychowanie, które wydobyło ukryte talenty. A ostatnimi czasy szczególne towarzystwo stara się ją pochwycić, przez co zmuszona była szukać sposobu na ukrycie się i swojej magii. 



Jak wygląda Sol, każdy widzi. Prawie niczym nie wyróżnia się z tłumu. Prawie, bo jest pewien detal, prócz ognia na głowie, szczególnie rzucający się w oczy.
Standardowy średni kobiecy wzrost niekoniecznie robi wielkie wrażenie. Ciało smukłe, szczupłe, kształtne z subtelnymi kobiecymi krągłościami tam gdzie być powinny, też nie sprawia, że Sol uchodzi za wyjątkową piękność jak nimfy na przykład, choć nierzadko zdarza się, że mijający ją mężczyźni dostrzegają ponętności, na których oko można zawiesić. Jasna, gładka cera na szczęście opalana w słońcu na złotawy brąz, objawia złośliwą przypadłość wobec swej nosicielki, bo skora jest do rumieńców, tym samym często zdradzając, co drzemie w sercu kobiety. Włosy jej z dużą tendencją do wywijania się, najczęściej tworzą artystyczny nieład i to dosłownie. Lekkie fale, gdzieniegdzie grubsze pukle opadające miękko na szczupłe ramiona i plecy kobiety w postaci dużych loków, utrzymują się w barwie ognia, w swej tonacji mieniąc się od jasnej miedzi, przez jawną marchew, aż po ciepły kasztan, można go nawet momentami w mroku określić jako czekoladowy, ciemny brąz. Mały, prosty, nawet zgrabny nos ozdobiony jest kilkoma drobnymi piegami, bo przecież dziewczyna bez piegów jak niebo bez gwiazd. Ciemne, ładnie zarysowane, łukowate brwi, uwydatnione kości policzkowe i koralowe usta, najczęściej ułożone do subtelnego i kryjącego wiele emocji uśmiechu; to te elementy jej twarzy, które pozwalają nazwać rysy Sol regularnymi, a ją samą po prostu ładną. I tu kończą się zewnętrzne aspekty jej człowieczeństwa, takiej zwyczajności.
Tęczówki. To one sugerują, że kobieta, która biega po lesie, szukając ziół; która przysiada się do stolika bez pytania, proponując herbatkę, albo wpatruje się w ogień paleniska, lub przegląda stare poplamione pergaminy, nie do końca jest czysto ludzka. Soczysta zieleń spojrzenia, załamana jest nie złotem, nie kolorem piwnym, który błyszczy jasno jak bursztyn. Oczy Sol, okalane ciemnymi, długimi, jakby figlarnie podkręconymi rzęsami, dodającymi jej jeszcze więcej uroku, skażone są siarkową żółcią, nadająca jej dzikości i egzotyki. To przez nią często w mroku, gdy nie widać sylwetki kobiety, a gdy jej oczy błyszczą, odbijając światło jak u kota, można pomylić ją z drapieżnikiem. Pytanie tylko, czy to złudzenie, czy w ciemnościach rzeczywiście kryję się zło...?



Sol to młoda kobieta, którą można porównać do szkła. Choć jest bardzo krucha i łatwo ją zranić, to jednak stara się udawać silną, by nikt takich prób nie podejmował.
Ta osoba z ukrytym temperamentem wykazuje się dużą empatią, jakby do jej umiejętności należała także kolejna, odczuwania stanu emocjonalnego drugiego człowieka. Jest odważna, lecz nie szorstka, a zarazem łagodna i wrażliwa, choć nie w sposób, który każe jej płakać nad zerwanym kwiatem. Przez to ciepło, wyrozumiałość i cierpliwość jakie zwykle innym okazuje, można oskarżyć ją o niedojrzałość, o dziecięcą wiarę w dobro, naiwność, nawet o brak świadomości zła, a to już prawdą nie będzie. Sol jest dojrzała i nie tylko dlatego że już kilka lat temu zyskała pełnoletniość i oczywiście świadoma tego, że świat pełen jest półcieni i półblasków, bo kto jak nie kobieta musi to wiedzieć? Często się uśmiecha, jakby nie chciała swoją aurą niepokoić, a kiedy płacze stara się, by nikt jej łez nie widział. Lubi uchodzić za osobę pogodną, beztroską, to jej daje poczucie bezpieczeństwa i ciepła, którego mimo wszystko jej brakuje. Stara się od siebie odsuwać powracające uczucie samotności, bo choć nie ma wielu przyjaciół, można powiedzieć nawet, że boi się otaczać większym gronem osób, u których będzie mogła szukać bezpieczeństwa i schronienia, boi się otworzyć i zaufać innym; nie stroni od towarzystwa jednak. Ciekawa świata i jego cudów, zazwyczaj pcha się w kłopoty i pali gafy, nie bojąc się zadawania pytań. Czasami wstydliwe dziecko, a czasami bezwstydna jak diabli. Mimo że potrafi kochać, nawet chciałaby móc mieć kogoś przy sobie skrycie, wciąż jest sama, boi się ujawniać drzemiące w niej prawdziwe uczucia, namiętności i pasje. Zazwyczaj nie ma to żadnego znaczenia, ale w chwilach, gdy nadchodzi refleksja, umie stwierdzić, że mogłaby być szczęśliwsza. Zdaje sobie sprawę z tego, że wobec nowo poznanych jest aż nadto ostrożna. Jej podejście do ludzi i nieludzi jest różne, bo i każdego odbiera inaczej, widząc osobę szczerą zachowa swoją swobodę, naturalność i uśmiech, gdy zaś napotka na swej drodze postać tajemniczą i niebezpieczną i gdy to wyczuje, sama zmienia się nie do poznania.
        Prawdziwie wolna jest zdolna do wielu rzeczy, nawet i szalonych, czy też przede wszystkim do takowych właśnie.
Prócz twarzy młodej kobiety, pogodnej, łagodnej, delikatnej, potrafi pokazać pazurki. Umie być tajemnicza, poruszając się bezszelestnie zajść od tyłu i wystraszyć, choć nigdy nie zdarzyło się, by stała się niebezpieczna dla kogoś, kto jej nie sprowokował. Z reguły jest to osoba opanowana, spokojna, choć bardzo emocjonalnie wiele rzeczy przeżywa. Jest nazbyt ekspresyjna. Potrafi być często jadowita, wredna i złośliwa, cyniczna, a i pluć ironią umie nie najgorzej. W gniewie jest doprawdy straszna, rani słowem równie umiejętnie jak ostrzem, czy magią i nie zna litości dla tych, którzy ranią ją, czy osoby, które stały się dla niej bliskie. Nie ma w niej wiele zła i okrucieństwa, z pozoru wydaje się nawet i niegroźna. Uchodzi za łagodną osóbkę, choć dziki błysk w oku może zaintrygować i zgubić. Bo nikomu do tej pory nie udało się ujarzmić jej dzikiej duszy. 

[1. zdjęcie - http://aleksandra88.deviantart.com/art/5745747-300573997
2. zdjęcie - http://radiantflowelch.tumblr.com/
3. zdjęcie - http://antiquecameo.deviantart.com/art/Lace-418507316

chętnie zaczynam wątki! <3]

48 komentarzy:

  1. [Witamy ponownie na blogu :) Życzę udanej zabawy, weny i inspiracji :) Obyś dobrze się tu bawiła :) Zapraszam też do wspólnego wątku z Sinan :)]

    OdpowiedzUsuń
  2. [Też mam nadzieję, że zostaniesz na dłużej :) Każdy pisze kiedy i ile może. Nie ma tu jakichś strasznych rygorów, więc spokojnie :) Postać jest bardzo fajna, dla mnie w zasadzie w miarę dobrze znana jeszcze z EB :) Widzę, że jesteś przywiązana do rudowłosej czarownicy :) Co do mocy to w Farii jest magia, ale jeśli postać jest z innego świata, to ma pewne ograniczenia, ale coś tam zdziałać może ;)
    A co do wątku to podaj mi miejsce akcji :)]

    OdpowiedzUsuń
  3. [A nie kojarzysz pani z gifów? :) Tam też miałam ten wizerunek :) Prowadziłam Annę Sawyer i faktycznie wspominam to z pewnym sentymentem. Bardzo się wtedy wkręciłam i byłam zdziwiona, że zamknięto bloga. Po reaktywacji to nie było już to samo. Ok, to możemy spotkać się w Orlim Lesie :) Zobaczę jak się wyrobię, jeśli się mi uda zacznę jeszcze dziś, a jeśli nie to na pewno jutro ;)]

    OdpowiedzUsuń
  4. [No dobra, to i tu się oficjalnie przywitam. :) Nie miałabyś przypadkiem ochoty na jakiś wątek z pewnym zdziwaczałym nekromantą? :> Eraziel zaprasza.]

    OdpowiedzUsuń
  5. [Nie jemu, jego kocham takiego, jakim jest :D Do wolnej postaci, wampirzycy, o której wspominam, a której nie dodałam do wolnych postaci (inna sprawa, że jakoś nie zauważyłam tej zakładki wcześniej, ekhem, nie, nie jestem ślepa, skądże). Cóż, ja najlepsza w wymyślaniu pomysłów, przyznam, nie jestem, ale mogłaby trafić do Camelotu i przy okazji użyć swoich mocy (a tam magia jest przecież srodze zabroniona), więc Raz by jej pomógł. Czy coś, jeśli masz lepszy pomysł, rzucaj od razu.]

    OdpowiedzUsuń
  6. [Brzmi bardzo dobrze :> I będę wdzięczna za zaczęcie.]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [Chwilka, bo właśnie mnie to uderzyło. Pisałaś kiedyś na Keronii?]

      Usuń
  7. [Całkiem niezły pomysł :) Zacząć będę mogła niestety dopiero jutro, ale jak znajdziesz chwilę czasu, to możesz mnie w tym wyręczyć - odpiszę jutro i przynajmniej wątek szybciej pójdzie do przodu.]

    OdpowiedzUsuń
  8. Czasem coś ciągnęło ją do lasu, choć miała z nim związanych wiele bolesnych wspomnień. To niegdyś w lesie wzniesiono potężny gmach który obwarowano wysokim murem zza który trafiały mające mniej szczęścia w życiu dzieci. Sidranie na różne sposoby próbowali zaszczepić w nich poczucie przynależności do zakonu i bezgraniczne posłuszeństwo. Odbierali im rodziny i dzieciństwo by wyszkolić armię, która na różne sposoby służyłaby w dla dobra zakonu. Na szczęście zakon upadł, a ci, którym udało się przeżyć rozeszli się w różne strony, gdzieś gdzie będą mogli zacząć życie od nowa, choć zapewne już nigdy żadnemu z nich nie uda się zapomnieć i żyć całkiem normalnie. Tak było i z Sinan. Nie potrafiła za dobrze się zasymilować w nowym świecie. W dodatku pozbawiono ją głosu, co znacznie jej wszystko utrudniało. Musiała nauczyć się innych sposobów komunikacji, choć i tak rzadko kiedy je stosowała. Nie była bowiem duszą towarzystwa. Starała trzymać się na uboczu i nie rzucać się aż nadto w oczy. Bała się, że ktoś z Zakonu Sidry nadal gdzieś tam czyha na jej życie. Taka myśl nieustannie krążyła po jej głowie. Taką myśl specjalnie w niej zaszczepiono, bo strach miał ją skłaniać do robinia tych wszystkich strasznych rzeczy, które nie dawały jej później zasnąć.
    Mimo to las ją bezgłośnie wyzywał. Gdzieś tam, w oddali, pośród Varnijskich drzew nadal słyszała krzyki i dźwięk łamiących się kości. Co jakiś czas musiała sprawdzać czy oby na pewno już tam nic nie pozostało. Chowając się za drzewami jakby sama tamtejsza ziemia miała ją pochłonąć. Wracała tam i patrzyła, upewniała się, że już po wszystkim. I nawet kiedy nic tam nie widziała wiedziała, że dla niej ten koszmar nigdy się nie skończy. Przypominały jej o nim blizny i brak głosu, który był teraz w rękach nieznajomego mężczyzny, którego za pośrednictwem akwamarynu mogła usłyszeć. Miała nadzieję, że kiedyś uda się jej go zlokalizować, odzyskać kamień, a z nim razem głos, który na dobre by do niej wrócił. Jak dotąd na próżno.
    Teraz mijała miejsce, którym zaopiekował się już czas. Spalony budynek doszczętnie zniknął z ziemi. Gdzieniegdzie dało się dostrzec jakieś drobne pozostałości porośnięte mchem, które przypominały zwykłe kamienie. Prowadziła z sobą śnieżnobiałego konia, z którym rzadko kiedy się rozstawała. Zwierzę co jakiś czas trącało ją w ramię łbem jak gdyby chciało powiedzieć jej by dała już sobie z tym spokój, że to już przeszłość i nie jest już sama. Wolnym krokiem ruszyła dalej aż w pewnym momencie coś dostrzegła. Zatrzymała się, a serce zaczęło jej szybciej bić. Czuła jak narasta w niej panika. Ktoś tu był. Modliła się byle nie tylko ktoś z zakonu. Po cichu podeszła bliżej by móc się lepiej przyjrzeć. Odetchnęła z ulgą widząc całkiem nieznajomą twarz rudowłosej dziewczyny, która wydawała się być tu całkiem zagubiona. Być może była w tarapatach? Wyglądała jakby się tu przed kimś chowała. Sinan nie chciała jej przestraszyć, ale jej obecność i tak zaraz wyszła na jaw. W kierunku kobiety ruszył zaciekawiony koń, a kiedy chciał gdzieś iść nie było mocy by zatrzymać uparciucha. Pociągnął ją za wodzę za sobą. Kiedy rudowłosa ich spostrzegła Sinan skinęła na przywitanie głową.

    [Jak teraz widzisz, to z blondem nie miała za wiele wspólnego xD Przechadzałam się po internecie i natknęłam się tam na takie dwie, rudowłose panie, a że mam dziwną słabość do gifów to się naoglądałam. Jeśli kiedyś chciałabyś nadać Sol jakąś konkretną twarz to możesz wybrać np. którąś z nich: Isolda Dychauk albo Lotte Verbeek :) I mam nadzieję, że nie przestraszyłaś się tego powyżej :)]

    OdpowiedzUsuń
  9. Katakumby zawsze były dla niego najbezpieczniejszą ostoją i naprawdę rzadko się stamtąd wynosił. Gdzie można czuć się bezpieczniej niż w owianych mroczną legendą kryptach, do których wieśniacy się nie zapuszczali, pełną jemu tylko znanych korytarzy i nieumarłych, których wskrzesił z martwych od wieków wielkich wojowników, kupców i mędrców. Tam urządził się dawno, dawno temu i jakimś dziwnym cudem nadal miał tam jakieś zajęcia, więc raczej nie opuszczał ich na zbyt długo. Jednak księga o alchemii, którą znalazł jakiś czas temu teraz wymagała od niego pewnych wyrzeczeń. Zioła same się nie zdobędą, a nie chciał obarczać tym Very, która i bez tego miała sporo na głowie. W końcu czemu miał narażać ją, a nie siebie?
    Choć przyznać trzeba, że i ona nieco wtedy przesadziła. I choć Eraziel chciał się na nią złościć i jej wyrzucać, tak naprawdę był jej zdrowo wdzięczny, szczególnie gdy wiedział, że nie zrobiła tego specjalnie z myślą o nim. Chatka zielarza znajdowała się bowiem zdecydowanie najbliżej jego włości, jako że była ona najdalej wysuniętym na południe budyneczkiem wioski, której najbliżej było do katakumb. I gdy mężczyzna, nieco zbyt inteligentny i rzeczywiście świadomy, szczególnie w porównaniu do większości wieśniaków, którzy wpatrzeni byli w niego jak w wyrocznię, pewnego razu Verę skojarzył, postanowiła wziąć sprawę w swoje ręce. Pozbyła się zielarza w jedną noc, w następną już siedziała u Eraziela i przekonywała go, że pójście tam to naprawdę dobry pomysł. Przyznać trzeba, że chwilę jej te pertraktacje zajęły, ale w końcu nekromancie skończyły się sensowne argumenty, została tylko realna potrzeba i odrobina ciekawości. W końcu całkowicie pozbawiony był możliwości zdobywania ziół w inny sposób, a to zdawało się naprawdę korzystne. Miał tam być raptem jedną noc, nie dłużej – ot, zebrać składniki i zapiski, które mógł na ten temat znaleźć, wiedział bowiem, że zielarz potrafił pisać.
    Przywiązał więc ducha zielarza do chaty i podporządkował sobie, żeby żaden losowy wieśniak mu nie przeszkadzał, zamierzając uwolnić go, gdy ze wszystkim się zabierze. I wszystko było – ogródek za chatą został w dużej mierze opróżniony, tak jak i zasuszone zasoby zielarza, zapiski także Eraziel znalazł. Tylko wtedy właśnie zrodził się problem, bo oprócz zwykłych zapisków odkrył też cieniutki notatnik, oprawiony jednak w skórę, który zdawał się być starszy niż sam zielarz uprzednio. Wtedy nekromanta nie próbował nawet powściągnąć ciekawości, wsiąkł tylko w notatki na nieco zbyt długo. Były to rady, zdawałoby się, z dziada pradziada, od oczywistości po dziwności, co do których autentyczności miał może Eraziel pewne wątpliwości, ale i tak nie mógł uwierzyć w swoje szczęście. W dużej mierze także dlatego, że te oczywistości także były mu niezmiernie potrzebne, wziąwszy pod uwagę, jak pokraczna była teraz jego edukacja.
    Dlatego gdy usłyszał zawodzenie zjawy, świdrujące jego umysł, w pierwszym odruchu chciał odwołać strażnika, irytując się nieco. Miał ważniejsze rzeczy, chciał powiedzieć. W końcu jego nieumarli z reguły rozprawiali się z intruzami, zanim ci zaczęli się chociażby zbliżać. Inna sprawa, że to dlatego, że owi intruzi z reguły byli zwykłymi wieśniakami. Dopiero po chwili zdał sobie jednak sprawę, co to oznacza. Tu nie miał nawet jednego materialnego strażnika. Musiał więc ogarnąć to sam. Wstał, jednym, szybkim ruchem zgarniając wszystko, co leżało na stole do torby, chwycił swój kostur i popędził w stronę, z której wyczuwał zjawę. Miał tylko nadzieję, że niczego nie zniszczył.
    Otworzył z hukiem drzwi do spiżarki, chcąc postawić raczej na efekt. Jeśli przez te dziesięć lat spędzonych niemal samotnie w katakumbach czegoś się nauczył to tego, że hałas i obraz potrafiły zdziałać naprawdę dużo. Na tyle dużo, że nie zawsze w ogóle musiał używać magii. Nie żeby jego intruz nie wiedział już, że użyto magii – przecież przed nim, a raczej nią, wisiał teraz niematerialny byt. Eraziel spojrzał z wyższością na kobietę i powiedział lodowato:
    – Czego tu szukasz?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie zabijał wieśniaków, jeśli nie było takiej potrzeby. A teraz zdecydowanie nie było, a intruz nie wydawał się zbyt różnić od wieśniaków. Oczywiście, w jego katakumbach było inaczej, bo nieumarli nie zastanawiali się, kogo atakują, a Eraziel nie mógł witać każdego intruza oddzielnie. Ale pod tym względem także sytuacja teraz się różniła.

      Usuń
  10. Brayddrin pochodził ze świata, w którym każda dalsza wyprawa wymagała użycia portali, a niestety w wyniku wielu wypadków, część z owych portali nie do końca działała, więc można było śmiało założyć, że ten sposób podróżowania nie był dla niego bardzo nowy. Kiedy mężczyzna przeniósł się do Elay, od razu instynktownie poczuł, że dotarł znacznie dalej, niż zamierzał, ale w sumie w tamtym momencie nawet mu to pasowało i nawet fakt, że portal zamknął się za nim odcinając drogę powrotu niespecjalnie wpłynął na jego nastrój.
    Od tamtego czasu Brayddrin nie potrzebował wiele, by się zaaklimatyzować w nowym miejscu. Ludzie byli bardzo podobni, podobne też były zasady funkcjonowania całej społeczności. I podobny był zawód kowala - wszędzie trzeba było podkuć konia, wykuć ostrze do kosy albo obręcz na koło od wozu. Brayddrin dzięki swojej nadnaturalnej sile kształtował żelazo tak łatwo, jakby to była plastelina, więc bardzo szybko znalazł pracę i uznanie, jednak uważał na to, by nie ściągać na siebie zbyt dużo uwagi. Miał jej aż nadto wcześniej i teraz chciał nieco odpocząć od całego tego tumultu wokół jego osoby.
    Tamtego dnia nie spodziewał się niczego dziwnego, ale ponownie - nie pierwszy raz by go takie wrażenie zmyliło. Mężczyzna był obdarzony jakimś przedziwnym przeciwieństwem szóstego zmysłu i zazwyczaj w ogóle nie wyczuwał, co się święciło.
    Do domu wszedł jak zazwyczaj i nawet nie zwrócił uwagi, że ktokolwiek był tam przed nim. W progu rzucił kapelusz na kołek i usiadł na zydlu, żeby zdjąć ciężkie buty. W sumie mógłby tego dnia posprzątać, bo chyba w kuchni zostały mu jakieś resztki posiłku, do którego zaraz zlecą się muchy, albo i coś gorszego… Tak, Brayddrin naprawdę nie lubił sprzątać, ale jeszcze mniej mu się uśmiechała perspektywa ganiania szczurów po domu z miotłą w garści.

    OdpowiedzUsuń
  11. Zmarszczyła brwi widząc jak dygocze. Podeszła do niej powoli jakby nie chciała jej spłoszyć. Była sina i zmarznięta, co nie było normalne podczas upalnego lata. Sinan przyglądała się jej ze zmartwieniem wypisanym na twarzy. Nie mogła jej nawet zapytać jak się czuje. Chociaż nie mówiła już prawie dwa lata nadal czuła się z tym nieswojo. Nie mogła do tego przywyknąć i zaakceptować. Była wręcz pewna, że jeszcze go odzyska.
    Sinan była osobą, która lubiła być gotową na wszystkie ewentualności. Niezależnie od pory roku i pogody zawsze starała się mieć ze sobą swój mały niezbędnik, który raczej przypominał średniej wielkości tobołek niż podręczny bagaż. Odczepiła go od siodła i szybko wygrzebała z niego koc. Ostrożnie otuliła nim rudowłosą. Nie wiedziała dlaczego ta była w takim stanie i skąd się tam wzięła. Od kiedy na wyspę wróciła magia rzadko było można spotkać w lesie samotnie przechadzających się ludzi. Co prawda był jeszcze dzień, a większość potworów budziła się podczas nocy, to nadal było to trochę niebezpieczne. Ostatnimi czasy ginęło coraz więcej osób w dość niewyjaśnionych okolicznościach. Na pierwszy rzut oda nie wyglądała na najzdrowszą, ale by jej jakoś pomóc najpierw musiała dowiedzieć się w czym. Zaraz zaczęła rozglądać się też za czymś do jedzenia. Nie było tego zbyt wiele, ale zawsze coś. Wyjęła z torby niewielkie zawiniątko, w którym znajdował się kawałek sera, kilka jabłek i trochę suszonego mięsa. Usiadła na trawie i rozłożyła wszystko przed nieznajomą, po czym poklepała dłonią miejsce obok by i ta usiadła. Nie wiedziała jak zareaguje. Miała nadzieję, że nie ucieknie. Chciała zdobyć trochę jej zaufania. Brak głosu jej jednak nie pomagał. Jednak jakoś musiała sobie radzić na przykład za pomocą pisma. Całkiem dobrze się to sprawdzało, oczywiście o ile ktoś potrafił czytać, a z tym bywało różnie. Wyjęła z torby arkusz papieru i coś do pisania, po czym zaczęła kreślić na nim litery. „Wszystko w porządku? Co tu robisz? Mogę ci jakoś pomóc? Nie mogę mówić, za to słyszę.” – napisała, a następnie przekazała jej kartkę z nadzieją, że ją przeczyta, po czym podała jedno jabłko nachylającej się nad nią klaczy.

    OdpowiedzUsuń
  12. [Jasne, mam coś wymyślić? Czy ty?]

    OdpowiedzUsuń
  13. [Z wątkiem z Ellipson jeszcze pomyślę ;p, jeśli chodzi o wątek z rodzinką, to myślałam, że punktem zaczepienia, może być Nessa, która chciałaby zerwać pakt z diabłem i potrzebowałaby czarownicy do tego (oczywiście to się nie uda, bo rodzinka prawie nieśmiertelna musi zostać ;p). Na początku rodzina mogłaby dobrze powitać Sol, bo np. Nessa sprzedałaby im bajeczkę o tym, że np. Sol pomoże im w czymś. Po może nawiązaniu jakiegoś romansu lub tego wątku z zakochaniem z jednym mężczyznu, mogłoby się wydać, co naprawdę robi Sol dla Nessy. Potem się coś wymyśli xd. Oczywiście wszystko może być przeplatane jakimś poszukowaniem starych ksiąg do rytuału czy coś. Jakąś taką przygodą.]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [Dzięki <3. Wymyślałam to podczas krojenia bułki xd. Może niech przez posłańca, a Sol np. Przybędzie do ich jakiegoś dworku?]

      Usuń
  14. Brayddrin oczywiście nie wyczuł nikogo za drzwiami, tylko po prostu wszedł do pokoju jak do siebie (bo w końcu był u siebie), niemalże taranując biedną kobietę. Można było śmiało powiedzieć, że kowala początkowo nieco zatkało. Jego najgorsza "przygoda" w życiu rozpoczęła się od tego, że spotkał dziwną kobietę i wiele wskazywało na to, że historia lubi się powtarzać. Mężczyzna o sile i posturze Brayddrina teoretycznie nie powinien się jakoś mocno przestraszyć ewidentnie osłabionej kobiety w jego własnym mieszkaniu, ale Shaikan podchodził do tego trochę inaczej.
    Gdy minął pierwszy szok i kowal uważniej się przypatrzył, pozwolił sobie nieco się rozluźnić. Dziwnym mu się jednak wydało, ze kobieta chciała się ogrzać - było lato, na zewnątrz wciąż świeciło słońce i było wręcz duszno. Brayddrin wiele by dał za możliwość przetarcia twarzy i rąk śniegiem, a na pewno nie ciągnęło go do żadnego ogrzewania się.
    - Ogrzać się? W lecie? - zapytał, ale nie wykonał żadnego ruchu, by ją stąd przepędzić. Ani żadnego, by jej pomóc, chociaż w głowie w sumie miał już plan, jak to zrobić i raczej skłaniał się ku temu, by go wykonać.

    OdpowiedzUsuń
  15. [Co to Ellipson. Piękna fabułka <33. Tylko Ellipse raczej mogłaby działać bardziej na zlecenie kogoś. Np. Sol mogłaby się dowiedzieć o kłamstwie dopiero w mieście, kiedy już ona lub Ellipse zostałaby zatrzymana przez straże i wsadzona do więzienia. Potem miszyn ratunek z więzienia. Co ty na to?]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [Mogę ja, chyba że ty tak bardzo chcesz ;p]

      Usuń
  16. Ellipson zatrzymała konia, tuż przed wejściem do karczmy w malutkiej wsi. Lawendowe Wzgórza, tak oto się zwała ta wioska. Ell nie była tego pewna, bo po drodze mijała już jakieś Tulipanowe Grządki, Różane Pagórki i wiele innych. Weszła ze swoje klaczy, która nosiła piękne imię Rose. Wywiało ją na niezłe zadupie w Astavi, nie ma co. Zdjęła skórzane rękawice z dłoni, żeby włożyć je do torby. I tak była tu tylko przejazdem, żeby kogoś znaleźć. Zadanie wymagało czarodzieja, który umie zdjąć zaklęcie działające od kilku stuleci, a ją doszyły słuchy, że w tej okolicy właśnie przebywa pewna czarownica. Już odruchowo położyła ręce na swoim kochanym mieczyku, który dopiero co został odzyskany. Naciągnęła kaptur na głowę, bo cóż... w tym rejonie specjalnie miło witana by nie była. Kiedyś miała małe zatargi z szajką działającą na tych terenach... szczegóły oficjalnie nie są znane. Powoli weszła po drewnianych schodkach na mały podest. Spokojna okolica, za bardzo spokojna. Znaleźć, zagadać do tej czarownicy i spadać stąd jak najszybciej. Rozejrzała się. Czuła na sobie czyjś wzrok, oczywiście. Już ją wypatrzyli. Weszła szybko do tawerny, a od razu uderzył ją zapach piwa, mokrego psa (pewnie gdzieś siedział wilkołak), potu i krwi (najpewniej po bójce, która musiała wydarzyć się tu, tuż przed jej przybyciem). Westchnęła ciężko. Zaczepiła gospodarza, mówiąc mu, żeby przyniósł jej wina, tylko bez dodatku wody. Facet z grubym wąsem, który mógł trochę podciąć, przytakną z wielkim uśmiechem, twierdząc, że "Dla pięknej pani wszystko". Prześledziła uważnie gości w pomszczeniu, nic specjalnego. ALE I TAK NIE BYŁO TU TEJ KOBIETY. Jak przyjdzie jej przejechać przez jeszcze jedną kwiatową grządkę w jej poszukiwaniu, to chyba się zaciuka. Westchnęła ciężko, wybierając miejsce w kącie. Naciągnęła jeszcze bardziej kaptur na głowę, postanawiając, że wypije tu jeszcze to wino, a potem ruszy w drogę.

    [Wybacz, że krótko, ale jakoś nie miałam pomysłu na to spotkanie :(]

    OdpowiedzUsuń
  17. Co tchnęło Nessę, do wezwania czarownicy? Ona sama nawet nie wiedziała. Może po prostu patrzenie na to, jak jej bracia i siostra zabijają niewinne osoby, stało się strasznie... przykre? Może i tak było. Jednak Nessa nie wezwałaby tej czarownicy, gdyby nie była pewna tego, czego chciała. A Archersonowie zawsze dostają to, czego chcą. Powoli zbliżał się wieczór, a ona siedziała na schodkach prowadzących do małego dworku, wypatrując rudawych pukli włosów. Na kolanach trzymała drewniane naczynie wypełnione ziemią, a w nim rósł maleńki, śnieżnobiały kwiat. Wsłuchiwała się w jego szepty, on jej mówił, czy kogoś widać na szlaku. Jej długie oraz jasne włosy opadały na ramiona, coraz łaskocząc ją w twarz. Miała nadzieję porozmawiać z tą całą Sol (bo tak nazywała się wiedźma), zanim zauważy ją jej rodzeństwo. Wiedziało ono o przybyciu czarownicy, owszem. Jednak Nessa sprzedała im bajeczkę, o tym, że czarownica postara się uleczyć Lorelai z nachodzących ją sennych mar. Wiedziała, że jej siostra nie przyzna się do koszmarów (lub czegoś gorszego), ale nieraz się zdarzało, że Lore szła normalnie spać, a rano wchodziła do domu cała w cudzej krwi. Axton nie przejął się i powiedział tylko "kilka duszyczek dla diabła", a potem zrobił ten swój uśmieszek. Latimer miał to całkowicie gdzieś, ale Nessa nie. Po co gładzić tylko jedną i to maleńką kończynę problemu, kiedy można zniszczyć cały problem.
    Zacisnęła mocno wargi, stwierdzając, że czeka już od paru godzin... bo przecież zaraz będzie ciemno. Spojrzała na zachodzące słońce, które chowało się za innymi domami. Dworek Archersonów (a raczej kogoś, kto leży teraz martwy w ogródku, a oficjalnie wyjechał, a ta czwórka rodzeństwa ma się nim opiekować) znajdował się tuż u granicy małego miasta. Prowadziły do niego niemal wszystkie drogi, jednak żeby do niego dotrzeć, trzeba było przejechać przez mały lasek (Nessa go uwielbiała). Wstała powoli, z zamiarem pójścia do domu, bo jak widać, czarownica stwierdziła, że nie obchodzą ją sprawy dzieci diabła. Kiedy już miała otworzyć drzwi do domu, usłyszała cichy szept kwiatu, trzymanego w doniczce, w obu dłoniach. Uśmiechnęła się szeroko. Odstawiła naczynie na podłogę, wycierając ręce o zieloną suknię. Nie nosiła się tak jak Lore, wolała bardziej praktyczne ubrania. Od Lorelai zawsze wiało... tym czymś, tą kobiecością, podczas gdy ona jeszcze nie wyszła z trybu dziecięcej urody. Troszeczkę krągłe policzki, na pewno o tym mówiły. W jej niebieskich oczach zaczęły skakać iskierki podniecenia, kiedy przy końcu drogi zobaczyła postać o rudych włosach. Nareszcie!
    - Myślałam, że się nie doczekam! - szepnęła do siebie - Pani Sol, tak? - spytała, uśmiechając się szeroko. To ona była tą kulturalną, ułożoną i uczynną z Achersonów. - Niech pani zostawi wszystko na werandzie, zaraz przyjdzie Aldryk i zaniesie to do pani pokoju. Jednak chciałabym pójść jeszcze do ogrodu i omówić parę spraw, o których moi bracia i siostry wiedzieć nie mogą. - Mówiła i szła w stronę ogrodu, nie dając dojść czarownicy do słowa. - Otóż, oficjalnie dla wszystkich jesteś tu po to, aby wyleczyć moją siostrę z koszmarów i lunatykowania... choć podejrzewam, że to nie jest lunatykowanie. Wiele razy widziałam siostrę, kiedy mówiła do siebie, zachowywała się inaczej, nazywała siebie inaczej... ale ja nie o tym miałam! Tego dowiesz się raczej od Lorelai. Kilka tysięcy lat temu moja matka zawarła pakt z diabłem, który utrzymuje naszą czwórkę przy życiu. Nadążasz? Dało nam to specjalne dary, ale i tak płacimy wysoką cenę. Chcę zerwać ten pakt i wreszcie umrzeć. Oczywiście rodzeństwo nie może się o tym dowiedzieć, bo rozszarpałoby mnie i ciebie na strzępy. Jest to możliwe? Co ja plotę, na pewno.
    Jeszcze raz uśmiechnęła się szeroko, tym razem chcąc dać kobiecie możliwość wypowiedzenia się.

    OdpowiedzUsuń
  18. [hej Sol. Tesknilam za Toba troche wiesz? ;)
    Ano ma to po tatusiu (i po mnie tez xD). Uparte to dziecko i rozpuszczone, nie mniej troche wyrosla ale czy zlagodniala to juz inna kwestia. Byle przezyc i isc do przodu. A i nadal nie wie jak wrocic do domu ^^.
    Nie mniej pod plaszczykiem uporu czuje zagubienie i czesciej jej bylo wychodzic do ludu niz czytac czy sluchac nauczycieli. Nie to co reszta dumnej rodzinki.
    Zatem mogly sie napotkac w przeszlosci, albo tez w inny sposob. Moze i by Sol wiedziala albo i slyszala o nagrodzie. Cos wykombinujemy chyba.
    Jak wene mam to nie ma z kim pisac albo sie urywaja w polowie. Nie mniej dzieki i nawzajem]

    Katya

    OdpowiedzUsuń
  19. [to chyba bedzie to wiecej, bo moja to na oko ma tylko 17 ^^.
    Albo tez i nie rozpozna. Jesli by sie mialy spotkac dajmy na to gdy Kat miala z 5 latek, to by nie pamietala polowy przybywajacych gosci. Pewnie to wyjdzie w praniu. Znajac zycie to im wiecej mam szczegolow to potem zmieniam to 100 % ;) cala ja ^^ Trochę zardzewialam w starych klimatach i sorki ze bez pl znakow - leniwiec mnie trzyma, ale jak cos to krzycz]

    Rok moze dluzej mija, gdy opuscila znajome kąty. POczatki w nowym miejscu byly trudne. No ale musiala sie "poswiecic" i troche popracowac nad nowym wizerunkiem, bo po starym bylo widac, ze zadnej pracy sie nie imwala. Nie znaczyło jednak, ze nic nie potrafila. Gdy minal juz czas, gdy troche ozdrowiala i byla zdolna do pracy, sama sie o nia pytala. Nie chciała byc wiecznie na czyims garnuszku i wyjadac chleb, który tutaj byl w senie i nie kazdy go mial. Była tutaj krótko, ale zdazyla sie nasluchac okolicznych opowiesci. Chlonela je jak gabke, pragnac sie dowiedziec jak najwiecej, by dobrze sie wtopic w otoczenie acz bywaly takie momenty, ze chciala po prostu tupnac noga i pokazac swoj "charakterek". Jednak ci, którzy ja przyjeli byli na to zbyt dobrzy. Krawcowa troche przypominala jej stara nianie. Dobra i cierpliwa, potrafila lagodzic jej ataki zlosci i czasem stawala w pozycji mediatorki z reszta rodziny. po prostu byla kochana. A jej brakowalo ciepla. Takiego prawdziwego ciepla nie udawanego, gdzie kazdy tylko liczyl zyski na znajomosci z nia. Nawet z matka nie miala takiego dobrego kontaktu niz z nianka. Westchnela ciezko. Urodzila sie w "wiezieniu", czasem chciala nie miec nic, ale i miec wszystko. To byloby ciekawe zycie - zyc dniem dzisiejszym.
    Ponownie westchnela a potem zabrala sie do pracy przy niklym swietle. Na dworze bylo szaro i ponuro i zblizal sie deszcz. Jednak chciała zdazyc i skonczyc robote, gdyz jutro miala pojechac na targ i oddac suknie klientce a takze zakupic nowe sukna i nici. Wzdrygnela sie, gdy zaklula sie w palec, ktorego to tez wsadzila do buzi by nie zabrudzic materialu. Possala chwile palec, potem zajrzała do niej Rose.
    - jeszcze pare sciegow - oznajmila niewyraznie z kciukiem w buzi.
    - to dobrze, bo zaniedlugo kolacja. Zawolam cie.
    Pokiwala glowa pochylajac sie nad robotka. Zamiast glodu to zasypiala, ale dzielcie walczyła by nie zasnac az w koncu skonczyla. Wyciagnela przed siebie swe dzielo by sie przyjrzec, potem je wstrzasnela i zlozyla. Udala sie by cos zjesc, umyla talerze po pisilku, zyczyla dobrej nocy a i sama udala sie spac, aby rano wstac, bo czekala ja robota a i czas sie liczyl.
    Nie jechala sama - towarzyszyl jej krawiec, który prowadzil wozem az zajechali wczesnym rankiem do rymarza by sprawdzil podkowy. Zostawili konia i woz a sami udali sie w kilku roznych kierunkach: on po jedzenie a ona by zebrac zamowienia. Zrobila sobie chwile w gospodzie na malego grzanca i teraz leniwie saczyla napoj przygladajac sie klientom.

    Katya

    OdpowiedzUsuń
  20. Brayddrin w końcu doszedł do wniosku, że pozwoli wydarzeniom toczyć się tak, jak chcą. Kuląca się w jego pokoju kobieta nie wyglądała na kogoś, kto zrobiłby komukolwiek krzywdę, zarówno z powodu tego, że sama nawet nie była w stanie ustać na nogach, jak i dlatego, że po prostu nie było od niej czuć tego typu zapędów. Brayddrin miał wrażenie, że gdyby nieznajoma znalazła się w tarapatach, prędzej próbowałaby wziąć nogi za pas, niż walczyć z przeciwnikiem.
    - Skoro sądzisz, że to właśnie pomoże… - mruknął w końcu, a potem podszedł do znajdującego się w pokoju kominka.
    Mężczyzna przyklęknął przy kamiennej wnęce i ułożył wrzucone byle jak polana w stosik. Zagarnął nieco wiórków i kurzu na podpałkę, a potem zapalił wszystko kilkoma uderzeniami krzesiwa. Nie palił w kominku od wiosny i wysuszone na wiór, zakurzone polana zajęły się w okamgnieniu. Brayddrin wprawnie poprzesuwał je jeszcze pogrzebaczem, dorzucił nieco grubszego drwa, a następnie odwrócił się do kobiety. Miał nadzieję, że kiedy już się nieco ogrzeje i wrócą jej siły, będzie miał szansę poznać jej imię i ogólnie dowiedzieć się czegokolwiek. Kowal doszedł do wniosku, że za wparowanie mu do domu i domaganie się rozpalenia w kominku należało mu się chociaż tyle.

    OdpowiedzUsuń
  21. [Hejka! Yagna męczyła mnie od dłuższego czasu, żeby zapoznać ją w końcu z Sol. Co ty na to?]

    OdpowiedzUsuń
  22. [tylko ze nie wiem co mam powiedziec >.< ale bylysmy na paru blogach z natury przygodowo-fantasycznej xD a nicki to ja zmieniam co jakis czas wiec nie dziwne, ze nie mozesz kojarzyc ;p]

    Ziewnela.
    Nic szczegolne patrzac na to, ze wstawala nim kury pialy i po skromnym posilku zabierala sie do ogarniecia niewielkiego gospodarstwa, nim zajela sie wlasciwa robotą. Prawie, ze nie wychodzila z chaty a jak juz to by zajrzec tu czy tam, dokupic pare rzeczy albo cos oddac. Kontakty spoleczne ograniczala ile sie dalo. Nawet jesli specjalnie to robila, czasem jej samotnosc ciazyla. Nie mniej ze strachu przed rozpoznaniem i wydaniem, nie robila nic pod tym kierunkiem bojac sie komus zaufac. Gdy w gre wchodzilo zloto ludzie pokazywali swoje prawdziwe oblicze. Wolala nie ryzykowac.
    Jednak czasem, gdy miala juz dosyć szycia i innych zajec przychodzila do karczmy i ze szklanica grzanego miodu, przesiadywala w kaciku i przygladala sie i mieszkancom i przyjezdnym. Przy tych ostatnich pilnowala sie bardziej co czasem wychodzilo jej to na bakier z nerwawmi.
    Konczyl sie jej napitek. Miala jeszcze pare miedziakow, zatem wstala i podeszla do gospodarza. Usmiechnela sie przymilnie.
    - jak zwykle macie dobry trunek. - pochwalila.
    Mezczyzna pokrasnial z dumy mamroczac cos pod nosem.
    - jak tam wasza malzonka? Mam nadzieje, ze nowa suknia lezy jak ulal.
    - jak marzenie - odparl - zachwycala sie, ze sciegow nie widac.
    - to sie ciesze - jake by inaczej, skoro przesiedziala nad nia cala noc wypalajac ostatnia swiece - moge dolewke? - zapytala wracajac do tego po co tu wrocila. Siegnela do sakiewki, by odliczyc sume i sie skrzywila brakowalo jej ze dwoch miedziakow. Zmarszczyla czolo. Stala tak dlugo, ze karczmarz juz sie niecierpliwil i chrzaknal.
    - przepraszam - poczerwieniala lekko - brakuje mi... czy moglabym nastepnym razem oddac? - wlepila w niego oczka i wyraznie mrugala - bardzo prosze... - dodala z udawanym atakiem placzu - wasz miod jest najlepszy w misteczku - zauwazyla przekornie.
    - no.. dobrze - zgodzil sie - ale przy nastepnej usludze bedzie wiecej rzeczy.
    - niech bedzie - usmiechnela sie promiennie a jak sie odwrocil by nalac odetchnela. Co ona zrobila z kasa? Byla pewna, ze miala wiecej.
    Glowila sie tym problemem do czasu az dostala swoja nalewke. Ucieszona chciala wrocic do swego stolu, ale odkryla ze jest juz zajety. Az tak dlugo zamarudzila? Czas tak szybko lecial. Glupio bylo tak stac zatem wypatrywala innego stolika. Zwrocila uwage na jeden, gdzie siedziala jedna osobka. Poszla zatem zapytac czy jest wolne omijajac grupki podchmielonych juz stalych klientow.
    - ano, przepraszam, czy tu wolne? - wskazala na wolne krzeslo kobiety zajmujacej stolik. - bo dzis taki scisk jak nigdy dotad.

    Kat.

    OdpowiedzUsuń
  23. Mężczyzna przekrzywił nieco głowę, przyglądając się, jak ta dziwna kobieta wsadziła ręce w ogień. Inaczej nie można było tego nazwać - po prostu usiadła przy kominku, a następnie włożyła dłonie między płonące polana, jakby zanurzała je w ciepłej, przyjemnej wodzie. Albo szukała poszewki na poduszkę w stosie prania. Mimo młodego wieku, Brayddrin widział już w swoim życiu ludzi i nieludzi robiących o wiele dziwniejsze rzeczy. Odwiedził wioskę elfów, gdzie kobiety chodziły tak, jak je Elen stworzyła, widział też obsydianowe wieże kapłanów Nora wzniesione niewolniczą pracą, a także ślub trolli, który nie był udany jeśli nie rozłupano przynajmniej jednego czerepu. Kobieta wsadzająca ręce w ogień to była przy tym pestka.
    - Tu się ogólnie raczej nie zabija - odpowiedział na jej pytanie, marszcząc lekko brwi. - Zasłużyłaś czymś na to, by Cię zabić, Pani?
    Z jednej strony Brayddrin źle się czuł, jeśli nie pomógł osobie w potrzebie, ale z drugiej strony doświadczenie nauczyło go, że jeśli ktoś obawia się o swoje życie, to ma ku temu powody. I nie zawsze jest to niesprawiedliwość świata i okrutny los. Niektórzy są ścigani i zdecydowanie na to zasługują. Mężczyzna zastanawiał się, z którym przypadkiem miał teraz do czynienia.

    OdpowiedzUsuń
  24. [Dobra, chyba mam pomysł. Przez przypadek mogą się na siebie natknąć, szukając tej samej istoty - która potrafi przywdziać "cudzą skórę". I tak np. Rainar mógłby ścigać stwora, który wyglądałby jak Sol, trafić na prawdziwą Sol i wtedy wywiązałby się pojedynek, by z czasem doszli do zgody i wniosków, że nie są sobie wrogami i w zasadzie mogą razem szukać stworzenia, które wywołuje chaos w danym miejscu i to całkiem spory - nie tylko kradzieże, ale także morderstwa etc. Co Ty na to? Jakby to dobrze rozegrać, to i opowiadanie by z tego wyszło]

    Rainar

    OdpowiedzUsuń
  25. Domyślała się, że rudowłosa może ją dziwnie odebrać. Jednak sama też nie zachowywała się najzwyczajniej w świecie. Do tego jej stan… Sinan mogła ją po prostu zostawić. Przejść obok, nie zaczepiać, ominąć i zapomnieć, ale coś kazało się jej zatrzymać i podejść. Nie była w końcu do cna zła. Miała na sumieniu niejedno życie, ale nie czerpała z tego przyjemności. Tego wymagały od niej różne sytuacje, misje. Słysząc jej pytanie skinęła głową. Wiedziała jak rozpalić ogień, ale nie było takiej potrzeby. Nieopodal była wioska. Znała tam kilka osób, kogoś, kto mógłby je ugościć. Miała przy sobie nawet kilka sztuk srebra, by móc się odwdzięczyć za drobną przysługę. W chacie oprócz ciepła znalazłyby trochę jadła, a to z pewnością przydałoby się dziewczynie. Odebrała od niej kartkę i zapisała:
    „Niedaleko jest wioska. Zaprowadzę cię tam i pomogę. Znam tam jednego gospodarza”.
    Podała jej papier, czekając na jej reakcję. Wiedziała, że ta nie ma żadnego powodu by jej ufać ani żadnego by jej nie ufać. Musiała wybrać. Sinan nie zamierzała jej do niczego zmuszać. Jeśli nie będzie chciała z nią iść, rozpali jej ognisko i postara się zdobyć coś do jedzenia. Miała jednak nadzieję, że obejdzie się i bez tego. W dodatku oprócz ciepła i pożywienia rudowłosa potrzebowała też innej pomocy. Coś było z nią nie tak. Sinan obawiała się, że jest chora. Wyglądała na chorą. W wiosce urzędowała szeptucha, mogłaby jej pomóc. O ile faktycznie potrzebowała takowej pomocy. W każdym bądź razie nie chciała zostawiać jej samej. Tu nie było bezpiecznie. W lasach roiło się od różnych magicznych stworzeń. Od przeklętych potworów. Nawet za dnia coś mogło nagle rzucić się komuś na plecy i pozbawić go życia.

    [Ano z tego serialu :) Szkoda, że skończyli go tak szybko, bo zostało bardzo dużo tomów tej opowieści]

    OdpowiedzUsuń
  26. Nie mieszał się zwykle w sprawy ludzi. Nie interesowały go one, a i wiedział, że od angażowania się w cokolwiek, co go nie dotyczyło, może sprowadzić nieszczęście. Gdzieś na dnie serca pozostała chęć pomagania innym, wyciągania ich z kłopotów. Sam jednak nie był pewien, czy to było uczucie prawdziwe, czy też kwestia przyzwyczajenia. Poczucie obowiązku, które narodziło się z niewiadomej i istniało, irytując jak cierń wrażony w bok. Zagubienie, niepewność, chęć odkrycia samego siebie to były jedyne uczucia, które towarzyszyły mu od dawna. Chciał wiedzieć czym jest ta pustka w sercu, której nic nie potrafiło wypełnić. Chciał wiedzieć, dlaczego wciąż czuje tak ogromną wściekłość, której nie był w stanie w żaden sposób ukoić.
    Słyszał o tym, co wydarzyło się w mieście, gdy przebywał w jednej z tawern, w której postanowił się ogrzać, zjeść coś i napić się przed dalszą podróżą. Była to jednak kolejna informacja, która w jego życiu nic nie zmieniała. Miał zajmować się zachowywaniem równowagi, strzeżeniem światów przed totalnym chaosem, który mógł pojawić się z powodu coraz to nowych portali, nad którymi nikt nie sprawował kontroli. Nigdy nie wiadomo, co wylezie z takiego portalu i jakich szkód narobi. To było jego zadanie. Przynajmniej tego jednego był, jak mu się wydawało, całkowicie pewien. Czasem podejmował się innych zadań jako najemnik, jednak nigdy więcej, niż było to konieczne.
    Gdy się posilił, zapłacił karczmarzowi i wszedł z tawerny. Zatarł ręce, czując narastający chłód, po czym skierował się do małej stajenki, gdzie czekał na niego gniadosz. Osiodłał wierzchowca i wyprowadził go na zewnątrz, po czym dosiadł i wyjechał na gościniec, podążający w kierunku majaczącego na horyzoncie, ciemnego lasu. Szturchnął osowiałego konika piętami i pogonił go, bo rozgrzał się nieco po drodze. Ta noc zapowiadała się wyjątkowo zimno.
    Nim się ściemniło, udało mu się znaleźć schronienie w opuszczonej leśniczówce. Nim rozłożył obóz, zbadał dokładnie teren. Był przekonany, że leśniczego, który tutaj mieszkał, nie spotkało nic dobrego. Kawałek za zawalonym domkiem znalazł wygrzebane z ziemi, zmurszałe kości. Nie był przekonany, że to właśnie poprzedni mieszkaniec tego miejsca, jednak pewnym było, że wcześniej działo się tu coś strasznego.
    Wszedł w końcu do domku, znajdując uprzednio odpowiednie miejsce dla swojego gniadosza. Ukrył go, nie chcąc, aby ktokolwiek, kto włóczyłby się po lesie, natknął się natychmiast na zwierzę, które nie dość, że mogło zdradzić jego obecność tutaj, to jeszcze byłoby prawdziwą ucztą dla niejednego stwora.
    Rozpalił ognisko, by choć trochę się ogrzać. Nie liczył na to, że ciepło się utrzyma, nie w takich warunkach, jednak zawalone ściany dawały chociaż odrobinę schronienia, a to już było coś. Z tobołka wyciągnął igłę i nić. W nikłym świetle ognia usiłował zszyć rozdarty płaszcz. Cholera, przydałby się nowy, pomyślał, siłując się z igłą i nitką. Nigdy nie był dobrym krawcem, jednak nie musiał być. Wystarczało, że szwy były mocne. Bestie, z którymi zwykle walczył, nie dawały dodatkowych punktów za estetykę przeciwnika, więc nie uznawał tego za istotne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uniósł głowę, słysząc jakieś dźwięki poza chatą. Wstał cicho, ostrożnie wyciągając miecz z pochwy, który nie wydał przy tym najmniejszego dźwięku. Wycofał się w cień, spięty i gotowy do ataku.
      Zmrużył oczy, gdy do środka weszła kobieta. Wyglądała na zmęczoną, cuchnęła krwią, chociaż nie był w stanie stwierdzić, czy to jej własna, czy cudza. Nauczył się już dawno, by nie dawać zwieść się pozorom. Mogła wyglądać na chorą i bezbronną, a w następnej chwili odgryźć mu głowę. A to z kolei nie całkiem mu się podobało.
      Gdy przyjrzał się jej twarzy, poczuł się dziwnie. Zupełnie tak, jakby widział ją już gdzieś wcześniej. Skojarzył dopiero po chwili: to jej wizerunek widniał na listach gończych rozwieszonych po mieście.
      Wyszedł z cienia, gdy go zauważyła. Z uniesionym mieczem, wciąż gotów do ataku. – Nie znajdziesz tutaj schronienia – powiedział, czekając na jej ruch. Gdyby zaatakowała, odpowiedziałby. W końcu była morderczynią. Może powinien doprowadzić ją do miasta? W końcu kiesa zaczynała świecić pustkami, a za jej głowę wyznaczono sporą nagrodę.

      Rainar

      Usuń
  27. Tak naprawdę nie trzymał z nikim, prócz siebie samego. Jego zamiarem nie był atak, a ostrożność. Gdyby nie przenikliwe zimno i pusty żołądek, pewnie nie zastanawiałby się czy wydać tę dziewczynę miejskim władzom. To nie była jego sprawa czy kogoś zabiła czy nie. On po prostu był ostrożny. Mogła być jedynie ranną dziewczyną, a równie dobrze mogła być czymkolwiek innym. Czymś, co rozerwie go na strzępy, jeśli tylko straci czujność choć na chwilę. Czy mało takich już bywało? Parę razy był już nieostrożny i nosił po tym pamiątki. Nie tylko na ciele, ale również na umyśle.
    Zaklął i odskoczył, gdy użyła magii. Na krótką chwilę stracił ją z oczu, jednak to wystarczyło, by uciekła. Podniósł znowu głowę i ze złością dostrzegł jedynie oddalającą się burzę rudych włosów.
    - Przeklęta wiedźma – mruknął przez zaciśnięte zęby. Była ranna. Daleko nie ucieknie, nawet gdyby chciała. Wystarczyło mu tylko to, w którym kierunku biegła.
    Wypadł z chaty i z rozpędu wskoczył na grzbiet swojego wierzchowca, uderzając go piętami. Ten nie czekał na więcej. Z miejsca ruszył galopem, ścigając ranną, rudowłosą wiedźmę. Rainar pogonił wierzchowca. Zmrużył jedynie oczy, gdy piach próbował się do nich dostać, a suche liście chłostały go po twarzy. W końcu wypadł z tej piaskowej burzy, pędząc ile sił. Wiedział, w którym kierunku pobiegła. On był strażnikiem. Łowcą. Tropicielem. O ile nie rozpłynie się w powietrzu jak mgła, wytropi ją nawet w najgorszych warunkach.
    Przyspieszył, gdy w końcu ją zauważył. Puścił wodze, które do tej pory trzymał w lewej dłoni i sięgnął do juków, wyciągając z nich kawałek liny z zawieszonymi na końcach obciążnikami. Robił to wszystko nie spuszczając oczu z uciekinierki. Wziął zamach nad głową, wczuwając się w rytm galopu i spokojnie mierząc odległość. Obciążniki nabrały prędkości, a on w końcu rzucił liną, która jak wąż owinęła się wokół ramion dziewczyny i powaliła ją na ziemię.
    Zwolnił do stępa i podjechał bliżej. Nie wiedział jakie sztuczki ma w zapasie jeszcze ta dziewczyna i nie chciał się o tym przekonywać. Zeskoczył z siodła, wciąż trzymając w prawej dłoni miecz. Podszedł bliżej leżącej dziewczyny i przyklęknął obok, wciąż uważając, by gwałtownym ruchem nie przewróciła go lub nie uderzyła w twarz. Chwycił ją mocno za ramię i obrócił. – Po co atakowałaś? Po co uciekałaś, skoro nie masz nic na sumieniu? – Zapytał spokojnie. Widział w jej oczach wściekłość i poczucie niesprawiedliwości. Na swój sposób uczucia te nie były mu obce.

    Rainar

    OdpowiedzUsuń
  28. Schował miecz do pochwy i przyjrzał się dziewczynie. Na pierwszy rzut oka było widać, że wale nie zależy mu na podziwianiu widoków. Jego spojrzenie było obojętne, wręcz puste, a jednocześnie analitycznie. Jakby wciąż rozważał zagrożenie, wszelkie możliwości ataku z jej strony, ale także tego, kiedy wykrwawi się na śmierć i nie będzie z niej żadnego pożytku. Spojrzał jej w oczy, gdy na niego warknęła. – Zwykła ostrożność. Raz jeden dałem się nabrać na ranną piękność, potrzebującą pomocy. Odgryzła mi pół ramienia i o mało nie wyprawiła na tamten świat – wyjaśnił beznamiętnie. – Gdybyś nie próbowała mnie oślepić, może inaczej by się to skończyło - Ujął ją pod ramiona, nieco delikatniej i pomógł wstać. Nim rozplątał liny na ramionach, skrępował jej nadgarstki za plecami. Widząc, że trzęsie się jak osika, narzucił na jej ramiona swój płaszcz. Zbył milczeniem jej słowa o śmierci. Póki co nikt nie planował tutaj ani uśmiercać, ani być uśmiercanym. Przynajmniej jeśli chodziło o Rainara. Gwizdnął na gniadosza, który stał nieopodal, a konik podszedł bliżej. Mężczyzna posadził dziewczynę w siodle. – Faktycznie, coś słyszałem. Rozesłali za tobą listy gończe – poinformował ją i usiadł za jej plecami, chwytając wodze – Ale ludzie mają to do siebie, że się mylą. Dlatego wolałbym się upewnić, że to o ciebie chodzi, nim zgarnę nagrodę. Ze wszystkich moich wad najbardziej przeszkadza mi ta, że wolę zdechnąć jak pies z głodu, niż wydać na śmierć niewinną osobę – dodał i szturchnął piętami wierzchowca, wracając w stronę leśniczówki. W końcu tam zostało ognisko, które dawało choć trochę światła i ciepła, a przede wszystkim większość jego rzeczy.
    Właściwie to było dokładnie, jak mówił. Nie wiedział skąd u niego chęć poświęcania się za ludzi, którzy przecież byli mu tak bardzo obojętni. Wiedział, że gdyby postąpił inaczej, czułby się z tym źle, jednak nie miał pojęcia dlaczego.
    Gdy dotarli do leśniczówki, ukrył znów gniadosza i pomógł zejść z siodła dziewczynie. Zaprowadził ją do ogniska. Teraz, gdy widział ją w lepszym świetle, doszedł do wniosku, że i tak wykazała niezwykle wiele siły, uciekając z taką raną po postrzale. – Mogę to obejrzeć – powiedział, wskazując ranę. Nie zamierzał jej pomagać na siłę. Jeśli jest winna, to wystarczy mu, że żywą dostarczy ją przed oblicze władzy. Jeśli nie, mogło się z nią stać cokolwiek.

    Rainar

    OdpowiedzUsuń
  29. [Cześć Sol!
    Jest Ragnar, chociaż miał być Rollo. Dobrze, że w ostatniej chwili coś tchnęło mnie, żeby przejrzeć karty, bo wizerunek nie jest wpisany w zakładkę, a już go wykorzystano :) Nie wiem, co jeszcze mogłabyś dopracować w swojej karcie, bo jest zgrabnie napisania i bardzo bogata w informacje. Zazdroszczę, bo już dawno temu pożegnałem się z tak obszernym opisem postaci i teraz nie umiałbym już do tego wrócić. Zatem gromkie brawa!
    Co do pomysłu to myślę, że mogłoby udać się nam coś ciekawego. Sol mogłaby pomylić pokoje w momencie, gdy Freyr już był w środku i skradał się do łóżka mężczyzny, który był jego celem. Naturalnie, ów mężczyzna obudziłby się w momencie, gdy pijana wiedźma wpadła do środka, a że pierwszym, kogo by zobaczył, byłby zabójca pochylający się tuż nad nim, sam zacząłby chlastać na oślep mieczem lub sztyletem, byleby tylko się wybronić. Całą trójkę mogłyby wyrzucić na zewnątrz osiłki zatrudnione do ochrony karczmy, gdzie mężczyzna będący na celowniku Freyra, po prostu by zbiegł. Wcześniej mógł naszą dwójkę nieco okaleczyć, tak żeby przydałaby im się wiedza i umiejętności uzdrowicielki - przy okazji mieliby pretekst, żeby spędzić ze sobą jeszcze trochę czasu.
    W dalszej perspektywie pomyślałem, że ów mężczyzna mógł donieść... Komuś...? o zabójcy czyhającym na jego życie, ale że zobaczył go w towarzystwie czarodziejki, rozsiałby nieprawdziwą informację, że ta czarodziejka faktycznie zabójcy pomagała. I tak Sol i Freyr sami znaleźliby się na widelcu. Ale to później. Najpierw powiedz, co o tym wszystkim myślisz i czy opisałem to w miarę sensownie i zrozumiale :)]

    FREYR

    OdpowiedzUsuń
  30. Skrzywił się lekko, gdy wspomniała o wielkodusznym rycerzu. Określenie to pasowało od niego jak pięść do nosa. Po prostu wykonywał swoją pracę. Nawet teraz gotów byłby wydać ją w ręce władz najbliższego miasta, gdyby okazało się, że jest winna tych wszystkich morderstw. Naprawdę nie obchodziło go to, co stanie się z tą dziewczyną. Nie tak naprawdę. To co robił, robił dlatego, że tak trzeba było. Nie traktował jej źle, bo nie czuł takiej potrzeby. Z jakiej racji miałby się nad nią pastwić?
    Skinął głową i podszedł bliżej, aby przyjrzeć się ranie. – Obróć się – powiedział, aby w świetle ogniska móc lepiej przyjrzeć się poszarpanej od gwałtownie wyrwanego grotu ranie. – Pójdę po wodę. Zostań tu – powiedział, bardziej ostrzegając niż prosząc. Gdyby zaszła taka konieczność, pewnie wytropiłby ją znowu. Poza tym, gdyby cokolwiek kombinowała, prędko by się zorientował. Gniady konik, na pozór bezmyślnie żujący obrok zaalarmowałby go szybko, że coś dzieje się nie tak.
    Rainar wziął nieduży kociołek, leżący do tej pory przy ognisku i poszedł do pobliskiego strumienia, aby nabrać wody. Wrócił po chwili i ustawił naczynie przy ogniu, aby woda się zagotowała. Przez cały ten czas milczał, rzadko odzywał się niepytany.
    Z juków wyjął trochę czystych szmat i przemył ranę na łopatce. Dopiero gdy zmył krew, mógł dokładnie ocenić co trzeba zrobić - muszę szyć – poinformował ją. Oczyścił we wrzątku, igłę nad ogniem. Nie informował o tym, że będzie bolało. Przecież to było oczywiste.
    Gdy skończył, posmarował ranę ziołową maścią i założył opatrunek. Spojrzał na dziewczynę, gdy zadała mu pytanie. – Nie wiem. Przekonaj mnie, że tak, wtedy uwierzę – powiedział spokojnie i pomógł naciągnąć jej suknię na ramię. Zawiązał rzemyk i na powrót otulił płaszczem. Wytarł palce z krwi i wyjął z juków bukłak z miodem, który kupił za pieniądze zarobione z wyjątkowym trudem. Odkorkował go i podał dziewczynie, aby się napiła. – Osądzają cię o morderstwo, a to poważne oskarżenia. Mają do tego jakiekolwiek podstawy? – Zapytał i usiadł wygodniej przy ogniu.

    Rainar

    OdpowiedzUsuń
  31. [Hejcia,
    Yagna nie chce dać mi spokoju..Zaczynamy jakiś wątek?]

    OdpowiedzUsuń
  32. W gospodzie było duszno i bardzo głośno. Rozmowy i śmiechy przeplatały się ze sobą w hałasie nie pozwalającym mi zebrać myśli, podobnie jak pięknie odziane, rumiane na policzkach dziewki, które odwracały moją uwagę od prawdziwego powodu wizyty w tym parszywym miejscu. Zasiadłem przy drewnianej ławie opodal okna, w kącie izby, do którego nie docierały płomienie świec i ciekawskie spojrzenia, a jednak ciągle ktoś trącał moje ramię lub wbijał mi w plecy swoje łokcie, gdy przepychał się i przewracał w pijackim widzie. Wodziłem opuszką palca po krawędzi kufla, zataczając okręgi raz szybciej, raz wolniej, jednak druga moja dłoń bezwiednie sięgała pod stolikiem do rękojeści sztyletu wystającego z cholewy buta. Z przezorności, nieco z przyzwyczajenia, ale w pewnym stopniu pozwalało mi się to uspokoić i nabrać pewności, że wszystko, co działo się wokół, było nadal pod moją kontrolą. Nie umykał mi żaden ruch, żaden szczegół, żadne słowo, choć wiele z nich wypowiadane było w języku, którego dopiero się uczyłem. Na bogów, ta kraina była przedziwna i przedziwnych sprowadzała do siebie gości. Wszystko było tu nowe, ale jednocześnie trudno było nazywać to dziwnym lub niespotykanym – no bo gdzie znajdowała się granica normalności?
    Wieczór dłużył się niemiłosiernie. Im bardziej krzątający się wokół mnie goście byli upojeni, tym większą zyskiwałem pewność, że nie zostanę rozpoznany. Nie pragnąłem tego, przewracać się i bełkotać podobnie jak oni, jednak kompana do rozmowy brakowało mi wówczas najbardziej. Niecierpliwiłem się, począłem trącać butami drewnianą podstawę ławy, a palcami skubać krawędzie swojego płaszcza, gdy nagle stało się to, na co czekałem przez cały ten piekielny wieczór. Niski jegomość, brodaty, z brzuchem wystającym dalej od jego ogromnego nosa, poderwał się od stołu i chwiejnym krokiem, szurając stopami niczym skazaniec na łańcuchu, poczłapał do schodów, którymi wdrapał się na piętro. Szło mu to mozolnie, ale z wielką werwą zatrzasnął za sobą drzwi wynajętego pokoju. Odczekałem stosowną chwilę, dopijając resztę piwa przypominającego smakiem pomyje i ruszyłem śladem krasnoluda, powoli i spokojnie, by nie wzbudzić niczyich podejrzeń.
    Był dla mnie jedynie małym człowieczkiem. Istotą niegroźną i w niczym mi nie zawadzającą, jednak nie mnie było decydować o jego losie. Podobno dowiedział się czegoś, o czym wiedzieć nie powinien. Zobaczył coś, co nie było przeznaczone jego oczom. Kiedy przyglądałem się tej małej, zawiniętej w kłębek kreaturze, nie mogłem wyzbyć się wrażenia, że to nadal nie skazuje go na śmierć. Ta zapijaczona gęba, ten niewiele znaczący pionek, usłyszał jedno, zrozumiał drugie, a powtarzałby zupełnie co innego, ale w taki sposób kończyła się dla cesarzowej nadmierna ciekawość. Portale były darem dla tych, którzy potrafili należycie je wykorzystać i przekleństwem dla wykorzystujących je nieostrożnie lub bezmyślnie. Wścibstwo podbite głupotą należało jak najszybciej ukrócić, nawet jeśli nie wszędzie było poczytywane jako przewinienie. Pochyliłem się nad łożem krasnoluda i ostrzem sztyletu zagarniając na bok jego kędzierzawą brodę, odsłoniłem lepką od potu, wytatuowaną dziwnymi symbolami szyję. Wtedy stało się coś, czego nie mogłem przewidzieć.
    — Jeszcze słowo i naprawdę tu zaśniesz — mruknąłem, wyciągnąwszy wolną dłoń ku nieznajomej, jakby ten gest miał zatrzymać ją w miejscu, w którym stała. Powoli odsunąłem się jednak od krasnoluda, gotowy wycofać się i wrócić przy kolejnej nadarzającej się okazji. Tak byłoby najrozsądniej — A ja zadbam o to, żebyś już nigdy się nie obudziła — dodałem, ukrywając swój sztylet z powrotem w bucie. Tylko tam mógł pozostać niezauważony.
    Skierowałem się powoli ku drzwiom, zerkając to na śpiącego niziołka, to na pijaną kobietę, która nadal chwiała się w progu i nie wiedzieć czemu, nabrałem ochoty by i ona podzieliła los krasnoluda. Mogłem pozbyć się jej jako niewygodnego świadka i nigdy więcej nie musiałbym wracać do tego miejsca. Nim jednak rozważyłem zasadność tego pomysłu, ów nieznajoma postanowiła zabawić się magią.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kłęby dymu buchające z płonącej zasłony, swąd zwęglonego materiału i gorąco, zbudziły krasnoluda, dotąd nieświadomego całego zajścia. Wyskoczył z pościeli, w mgnieniu oka sięgnął pod wypchany słomą materac i doskoczył do mnie, dzierżąc w dłoniach masywny topór. Szał w jego spojrzeniu był czysty i niepohamowany, i zniknęły z jego twarzy ostatnie oznaki upojenia. Nagle, jakby zamiast przespanych kilku chwil, miał za sobą długi i uzdrawiający wypoczynek.
      — Tak tu się postępuje z gośćmi?! — ryknął, a jego głos odbił się echem od ścian małej izdebki. Tą coraz śmielej trawiły płomienie przeskakujące z zasłony na drewniane meble i uwieszone pod sufitem zioła — Przeklęta dziura!
      Rzucił się do ataku, lecz sam nie wiedział, kogo najpierw powinien ugodzić. Pognał najpierw ku pijanej dziewczynie, ale że wydała mu się nie taka znowu groźna, zwrócił się ponownie ku mnie. Zamachnął się raz, potem drugi, a ja nie mając na podorędziu oręża solidniejszego niż sztylet, musiałem umykać jego ciosom, przeskakując z kąta w kąt i uchylając się na boki, choć przestrzeń do tego miałem niewielką. Wreszcie krasnolud przestał obierać sobie konkretny cel począł wymachiwać toporem na oślep, tłukąc i rozrąbując wszystko, co napotkał na swojej drodze. Stolik potrzaskany w drzazgi zapłonął ogromnym płomieniem i w pomieszczeniu rozpętało się piekło. W tej samej chwili wydarzyły się dwie rzeczy — na schodach prowadzących na piętro zawrzało i ktoś prędko wspinał się po nich, by zbadać źródło hałasu i dymu; krasnolud natomiast, wyczuwając w tym szansę na ucieczkę, wystrzelił w okopconej szacie z izby, wrzeszcząc i wzywając pomocy, jakoby dwoje morderców dybało właśnie na jego życie. Nie mieliśmy wyboru.
      — Chodź — złapałem nieznajomą za rękaw sukni i pociągnąłem ją do okna, z którego strawiona ogniem, drewniana rama wypadła, gdy tylko pchnąłem ją dłonią. Los zdecydował się jednak nad nami zlitować, bowiem zaraz pod oknem, zalegał przy płocie ogromny stóg siana. To w niego wskoczyłem, upatrując w tym najszybszą i jedyną wprawdzie, możliwość ratunku — Skacz! — zawołałem, wygramoliwszy się ze stosu. Okno nie znajdowało się tak wysoko, lot nie był długi, a lądowanie bardzo miękkie. Choć czułem piekący ból w ramieniu, byłem pewien, że to krasnoludzki topór, nie skakanie przez okno, było jego przyczyną. Póki co nie zaprzątałem sobie tym głowy.

      [O mamo, wybacz tego tasiemca. Tak jak Tobie, zdarza mi się rozpisywać na początek, a to w dodatku był pierwszy odpis nową postacią. Musiałem Freyra wypróbować, że tak powiem. Dalej będzie znaaaacznie krócej, obiecuję :)]

      FREYR

      Usuń
  33. [Nie, nie można :P
    Pewnie, że można! Dobrawa ma raczej niedobór przyjaciół, a tym bardziej miło by było mieć za przyjaciółkę drugą wiedźmę. Tylko "pomusz" wymyślić :D]

    Dobrawa

    OdpowiedzUsuń
  34. [Co powiesz na awanturę, podczas wiejskiego weseliska? Yagna mogłaby siedzieć w rogu i obżerać się wołowiną, udając przy tym krewną panny młodej, podczas gdy Sol byłaby podrywana przez dwóch obślizgłych typów. Różowowłosa zaintrygowana urodą Sol, postanowiłaby jej pomóc i tak rozpoczęłaby się ich przygoda. Co ty na to?]

    OdpowiedzUsuń
  35. Ranę próbował zszyć najdelikatniej jak umiał. Nie był przecież sadystą czy rzeźnikiem, którzy czasem chowali się pod płaszczykiem medyka. Gdy dziewczyna napiła się miodu, wziął od niej bukłak i upił kilka porządnych łyków. Zapowiadała się zimna noc, a on oddał swój płaszcz, więc przyda się coś, co przyjemnie rozgrzeje brzuch. Spojrzał w ogień i dorzucił kilka gałęzi, aby wzmocnić płomienie. Gdzieś za ich plecami gniadosz parsknął cicho, jakby chcąc o sobie przypomnieć.
    - Nie jestem katem – zauważył, gdy wspomniała o ucinaniu głowy. Był zwolniony z nieprzyjemnego obowiązku podejmowania decyzji w tym zakresie. Wiedział jakie są jego obowiązki. Czasem podejmował się najemniczej pracy, aby zarobić parę groszy na życie. Nigdy jednak własną decyzją nie wydał nikogo na śmierć – Opowiedz więc jak to było. Póki nikt winy ci nie udowodni, włos z głowy ci nie spadnie – obiecał. Tyle mógł zrobić. Póki nikt jasno nie udowodni, że to ona jest winna morderstw, zapewni jej bezpieczeństwo. Nienawidził samosądów. Zbyt wiele ich widział, aby godzić się na tak okrutne czyny.
    Wysłuchał jej w spokoju, podając jej co jakiś czas bukłak z miodem, samemu czasem pociągając z niego kilka łyków. Skinął lekko głową, gdy wspomniała, że nie pochodzi stąd.
    - Przeszłaś przez portal – powiedział spokojnie. Wiedział o ich istnieniu. W końcu był Strażnikiem, który pilnował równowagi. To nie było tak, że strzegł, by nikt się przez nie nie przedarł. Pilnował, aby nie przedarło się przez nie coś, co mogłoby raz na zawsze zachwiać równowagą, która panowała we wszystkich światach. Nie był w stanie nawet wyobrazić sobie konsekwencji, jakie nastąpiłyby, gdyby zawiódł i coś takiego się wydarzyło.
    Spojrzał na nią dopiero, kiedy podniosła głos. Pokręcił lekko głową. Jeśli nadal będzie się tak drzeć, ściągnie na nich jakieś nieszczęście, tego był pewien. I tak dużo ryzykowali, rozpalając ognisko. Płomienie mogły odstraszyć wilki i im podobne drapieżniki, ale równie dobrze wiele z nich mogły zwabić. Było jednak tak zimno, że gotów był zaryzykować.
    - Mówiłem ci już. Póki nikt nie udowodni ci winy, włos z głowy ci nie spadnie. Nie pozwolę na to – obiecał. Wiedział po prostu, że w ten sposób postępuje słusznie. Że tak trzeba. Równie dobrze mógłby się nad tym nie zastanawiać i po prostu wydać ją w ręce tych, którzy wystawili list gończy. Gotów był jednak głodować, gdyby okazało się, że jest niewinna. To prawda, że miała charakterystyczną urodę i trudno byłoby ją pomylić z kimś innym. Zbyt wiele jednak widział, aby tak po prostu w to uwierzyć.
    - Twój świat… jaki był? – Zapytał, a w jego głosie z trudem można było wyczuć ślad zainteresowania. Był ciekaw, czy mógłby to być również jego świat. Bywał już w wielu, jednak w żadnym nie czuł się prawdziwie jak w domu. Czuł się tak, jakby ktoś wyrwał mu kawał duszy i porzucił gdzieś w pustkowiu. Chciałby go znaleźć. Chciałby wiedzieć dlaczego jest tym, kim jest. Chciałby wreszcie odnaleźć spokój.

    Rainar

    OdpowiedzUsuń
  36. [Ja tam powodów do narzekań nie zauważyłem :>]

    Spojrzałem na czarownicę, jakby to nie kobieta, a dziwaczna i niespełna rozumu istota uczepiła się mojej koszuli. Nie miałem jednak sumienia jej odepchnąć i pozwolić jej iść o własnych siłach, bo tych miała w sobie niewiele. Mimo że nie traciła dobrego nastroju i prawdopodobnie nie zdawała sobie sprawy z bandy nieostrzyżonych osiłków, którzy nie spoczną na przeszukaniu zwęglonego pokoiku, nie tylko na moich, ale także na jej plecach pojawiła się ogromna tarcza. I rosła z każdą chwilą. Nie powinienem czuć się temu winny, bowiem nie pomyliła pomieszczenia ani przeze mnie, ani dla mnie, a krasnolud wysnuł pochopne wnioski, nie rozeznając się pierwej w sytuacji. Na nieszczęście złożyło się kilka czynników trudnych do przewidzenia, które doprowadziły nas do rozwidlenia kamiennej dróżki, z której jedna odnoga kierowała się głębiej w wioskę, druga natomiast znikała w kępie dzikiego, pogrążonego w mroku lasu, gdzie zamieniała się w piaszczystą, zarastającą trawą ścieżkę. To właśnie ją wybrałem, wlokąc u swego boku nie do końca jeszcze przytomną czarownicę.
    — Nie byłoby ekstremalnej sytuacji, gdybyś ty nie przynosiła pecha — stwierdziłem, obejrzawszy się jeszcze przez ramię by upewnić się, że nikt nie podąża naszym śladem. Słyszałem ujadanie psów i karczmarza przekrzykującego się z gośćmi swojej gospody, ale ciągle znajdowali się przy jej głównym wejściu. Po drugiej stronie budynku, gdzie nie dostrzegali znikających za drzewami, domniemanych morderców. Z których tylko jeden miał okazję nim zostać i teraz pluł sobie w brodę, ze zawiódł przez taką głupotę. Ja plułem sobie w brodę, bowiem zadanie znacznie się skomplikowało. Krasnolud, choć nie bardzo wpływowy i z tendencją do zapijania się wieczorami nie gorzej od czarownicy, będzie spodziewał się mnie na każdym kroku. Mnie, albo mi podobnych. Tam, dokąd się uda, a zamiarów jego nie można było prześledzić zawczasu — I gdybyś nie wpadła do cudzego pokoju przekonana, że chędożę w nim krasnoluda.
    Na pewno za kilka, może kilkanaście dni, kiedy minie pierwsze rozgniewanie i pretensje do samego siebie, uznam całe to zajście za zabawne. Gdy widziałem oczami wyobraźni krasnoluda pogrążonego w szale niczym berserk, otoczonego płomieniami nietrafionego zaklęcia i wykrzykującego plugastwa w języku, którego nie znałem, nabierałem ochoty na wypicie w to miejsce ogromnego kufla piwa. Historia ta była warta spisania i przekazywania strudzonym wędrowcom, których drogi od czasu do czasu krzyżowały się z moimi drogami. Kiedyś, gdy echa tego wydarzenia ucichną, a niziołek zaprzestanie szukania zemsty na swoich niedoszłych oprawcach, mogła powstać z tego niezgorsza opowiastka.
    — Zostaniesz przy mnie, dopóki nie otrzeźwiejesz. Najpóźniej jutro wieczorem każde z nas pójdzie w swoją stronę. Ufam, że skoro z taką gracją wpakowałaś się w kłopoty, to z jeszcze większą gracją zdołasz się z nich wyplątać — mówiąc to zboczyłem z głównej ścieżki i poprowadziłem czarownicę ku naznaczającemu się na tle ciemniejącego nieba, wysokiemu i o stromym zboczu pagórkowi, u którego stóp zatrzymałem się i rozejrzałem spokojnie wokół. Z każdej strony byliśmy osłonięci grubymi pniami sosen i maleńkimi drzewkami, które dopiero co zaczęły odbijać od ziemi. Nasze stopy grzęzły w miękkim mchu, a wiatr nie dął tu tak mocno, jak na otwartej przestrzeni poza lasem. Mogliśmy zatrzymać się tu na noc — Zapewne twoje czary byłyby przy tym bardzo pomocne — stwierdziłem, ucinając kilka szerokich gałęzi małym, poręcznym toporkiem. Zamierzałem stworzyć z nich coś na wzór szałasu lub daszku, bowiem czułem już na skroniach pierwsze krople deszczu. Na horyzoncie mruczała coraz śmielej jesienna burza — Ale trudno będzie nam schronić się w pogorzelisku. Siedź i staraj się nie zrobić krzywdy ani sobie, ani mi.
    Kontynuowałem, pozbywszy się pierwej swojej peleryny z kapturem. Zarzuciłem ją na ramiona czarownicy, by zanadto nie zmokła przez ten czas. A nuż znużona ciepłem i alkoholem, po prostu zaśnie?

    FREYR

    OdpowiedzUsuń
  37. [Pomysł jest dobry, ale jest jedno ale: Chors nie może przechodzić portale. Jako skompresowana w ciało człowieka bogini, istnieje tylko dlatego, że ktoś w nią wierzy nie może zatem istnieć w świecie, gdzie nikt nie ma pojęcia o jej istnieniu.
    Jest możliwość, że coś takiego wydarzyłoby się w Farii?]

    Dobrawa

    OdpowiedzUsuń
  38. [Yagne ciekawiło, ile tajemnic skrywały włosy tajemniczej kobiety przy barze. Nieznajoma przykuwała jej uwagę zarówno płomiennym odcieniem włosów, jak i nieskazitelną cerą. Wydawała się delikatna, czysta, ale i też nie pozbawiona tajemnic.
    -Jesteś pasierbnicą Madany? - zagaił młody chłopak, przysiadając się do stołu, gdzie siedziała. Wieśniak pachniał ciężkim piżmem i papierosami.
    Yagna niemalże straciła ochotę na jabłkowy sernik stojący przed jej nosem.
    W Ollown Abb mężczyźni trzymali się od niej na dystans, z powodu pozycji jej ojca, ale tutaj, na weselu dalej krewnej swojej ciotki musiała sama musiała odparowywać zaloty nieszczęśników.
    -Ye neturi netura. – zainkantowała, cytując fragment ulubionej południowo- elfickiej pieśni.
    Chłopak odchylił głowę do tyłu zaśmiewając się. Śmiech młodzieńca idealnie pasował do stereotypu, nakreślanego przez perłowo białe zęby, długą blond grzywę i bogato zdobiony kubrak. Wszystko związane z nim było głośne i denerwujące.
    -Słyszałem, jak zamawiałaś ciasto. – oznajmił, mrugając do niej flirciarsko. Czy on naprawdę uważał to za grę wstępną?!
    -Nie oszukasz mnie, Yagnareen. – dodał, przysuwając się zdecydowanie za blisko.
    A zatem wiedział kim była. To mogło oznaczać tylko jedno - jej ciotka próbowała ją zeswatać. Dlatego ją znalazł. Dlatego wiedział kim jest.
    -Jesteś córką magnata Tyrona. Twoja macocha to przyjaciółka z dzieciństwa mojej matki. Nie lubię się chwalić, ale mamy tu całkiem niezłe włości. - mruknął do niej, po czym odchrząknął. - Więc pomyślałem, że może chciałabyś zwiedzić je ze mną?
    Wzrok chłopaka wylądował zdecydowanie za nisko. Jednak zamiast szybko zmienić obiekt patrzenia, chłopak patrzył na piersi Yagny z niekłamanym pożądaniem.
    Różowo włosa przechyliła głowę, tak by napotkać jego wzrok.
    -Może jeszcze głowę tam włożysz? – syknęła. Zanim zdążył odpowiedzieć, jej ogon wywinął się z pod sukni, owijając wokół jego ręki.
    -Posłuchaj mnie uważnie. Ale odczepisz się ode mnie, ale obiecuje ci, że wybiję każdy z tych pojedynczych ząbków, a potem spalę te chałupę, twoje włości, aż po całym dobytku pozostanie tylko twój mały.
    Dziewczyna puściła go. Nie minęła nawet minuta, a zamach ciężkiego piżma ulotnił się, wraz z jego właścicielem.
    Teraz młoda magnatka powrócić do podziwianianieznajomej. Tyle, że wybranka tego wieczoru, nie była wcale sama. Wokół kobiety kręcili się chłopcy, w wieku i braku oznak intelektualizmu podobnych do jej niedawnego towarzysza. Ku uldze Yagny, pełna gracji istota ignorowała zaloty mężczyzn. Wyglądała na znudzoną.
    -Szkoda byłoby zmarnować jej wieczór…- szepnęła Yagna. Neervi wstała z krzesła, poprawiając na sobie czarną suknię z głębokim dekoltem. Idąc zdążyła zgarnąć jeszcze szampana z jednego ze stołów.
    Dziewczyna pogratulowała sobie w duchu, widząc uniesioną dłoń nieznajomej, proszącą o dodatkowy alkohol.
    To był ten moment.
    -Co tak intrygująca istota jak ty, robi wśród tych pół skamielin? Stać cię na ciekawsze towarzystwo. – zapytała, gdy wlewała kobiecie alkoholu.]

    OdpowiedzUsuń
  39. Do spraw magii Farianie podchodzili przeważnie ostrożnie. Od kiedy wróciła na wyspę nikt nie podważał jej istnienia. Ludzie jednocześnie bali się i darzyli ogromnym szacunkiem tych, którzy potrafili się nią posługiwać. Bywali jednak też i tacy, którzy starali się ich tępić. To co nieznane wydawało się przeważnie złe. Do tego dochodziły nagłe zniknięcia mieszkańców, czasem jakieś trupy. Wszystko czego nie dało się wyjaśnić w logiczny sposób musiało mieć magiczne podłoże i każdy swoje wiedział. Plotki niosły się po całym kraju, który stał się nagle bogobojny. Sinan nie wiedziała do końca w co powinna wierzyć. Nikomu nie oddawała czci, nie składała ofiar i nie wznosiła modłów, ale czasem zdarzało się jej uczestniczyć w jakichś religijnych uroczystościach, mimo iż nie lubiła tłumu.
    Ulżyło jej, kiedy rudowłosa przystała na jej propozycję i wskazała ruchem dłoni kierunek ich podróży. Wioska była niedaleko, a droga nie wydawała się nazbyt niebezpieczna, choć w lesie zawsze należało zachować czujność. Przeszły w ciszy pewien dystans. Sinan co jakiś czas zerkała na swoją towarzyszkę, by upewnić się czy tej się nie pogorszyło. Poza tym zaciekawiła ją. Było w niej coś innego, tajemniczego. Chciała zarzucić ją pytaniami i gdyby tylko mogła, zrobiłaby to. Jednak w obecnej sytuacji mogła jedynie liczyć, że ta powie jej coś o sobie z własnej inicjatywy.
    W pewnym momencie usłyszała muzykę. Zatrzymała się na chwilę, by zlokalizować stronę, z której dochodziła. W wiosce musiało się coś odbywać. Może jakieś zaślubiny? A każdy ślub wiązał się z darmowym jedzeniem dla wszystkich gości, nawet tych, którzy się przypadkiem wprosili. Miała nadzieję, że rudowłosa się nie wystraszy i nie zechce zawrócić.

    OdpowiedzUsuń
  40. [- Lubię ogień z twoich oczu. Wydajesz się cicha, ale to, co czyha w tym spojrzeniu…. Zdecydowanie warte zachodu. Dodatkowo nie robisz nadąsanych min jak większość kobiet tutaj, ani nie próbujesz popisywać się majątkiem, jak wszyscy mężczyźni, których tutaj poznałam. - odparła Yagna. - Dlatego też postanowiłam zaprosić cię do wspólnego uratowania dzisiejszego wieczoru. Noc jeszcze młoda, a skoro los postanowił nas spiknąć to czemu nie wykorzystać tego na rozkręcenie tej imprezy, co?] YAGNA

    OdpowiedzUsuń
  41. Dorzucił kilka drew do ognia i usiadł wygodniej. Z tobołów wyciągnął zapasowy, choć znacznie cieńszy niż ten, który podarował dziewczynie, płaszcz i narzucił sobie na ramiona, aby ogrzać się chociaż trochę.
    - Słowa zwykle nie mają żadnego znaczenia – odpowiedział spokojnie, bo i wcale nie liczył na opowieści, które potwierdzą jakąkolwiek wersję. Ludzie zbyt często kłamali. Właściwie robili to cały czas, aby tylko wyszło na ich. Nawet, jeśli to nie ta dziewczyna dokonała morderstwa, a zrobił to ktoś podobny, to i tak będą chcieli ją zabić. Dla widowiska, dla poczucia satysfakcji. Ona z kolei mogła kłamać, aby życie zachować. Nie. Aby podjąć jakąkolwiek decyzję, musiało się wydarzyć coś więcej.
    Wysłuchał jej opowieści o krainie, w której dawniej dane było jej żyć. Zwrócił uwagę na czas przeszły, jednak tak naprawdę była to jedyna ciekawa rzecz, jaką od niej usłyszał. Barwne opowieści o pięknych kwiatach i słońcu nie poruszyły go, chociaż być może powinny. Ale zbyt wiele światów już widział. Zbyt wielką pustkę odczuwał, aby zachwyciło go cokolwiek. Uśmiechnął się jedynie z ironią, na ostatnie jej stwierdzenie. – Jeśli naprawdę w to wierzysz, jesteś bardzo naiwna – odparł spokojnie i napił się z bukłaku. Nie zwracał uwagi na jej oskarżycielskie spojrzenia, samemu patrząc w iskry trzaskające na polanach w ognisku. Dopiero po chwili spojrzał na nią – W każdym świecie istnieje kłamstwo i mistrzowie w posługiwaniu się nim – powiedział jedynie, po czym położył się, podkładając dłonie pod głowę i krzyżując nogi w kostkach. Tuż obok, ukrytą pod fałdami płaszcza, ukrytą miał broń. Mógł sprawiać wrażenie rozluźnionego, jednak tak nigdy się nie działo. Zawsze był gotowy do obrony. Tylko dlatego wciąż jeszcze żył.
    - Spróbuj zasnąć. Jutro zastanowimy się co zrobić dalej – powiedział i nie odezwał się już więcej, zapadając w płytki sen, który bardziej przypominał czuwanie. Gotowy był obudzić się nawet na najmniejszy szmer. Nie obawiał się swojego więźnia. W lesie żyło wiele gorszych stworzeń od tej dziewczyny, która ranna i osłabiona, z pewnością nie mogła zrobić zbyt wiele.
    Obudził się wraz z pierwszymi promieniami zimnego, z trudem przebijającego się przez ogołocone z liści gałęzie drzew. Odetchnął i podniósł się, poruszając odrętwiałymi ramionami. Ognisko zdążyło już dawno wygasnąć, a poranek był wyjątkowo mroźny. Opłukał twarz resztką przyniesionej poprzedniego dnia wody. Korzystając z tego, że dziewczyna wciąż spała, okrył ją dokładniej swoim płaszczem i poszedł po wodę do pobliskiego strumienia. Gdy wrócił, rozpalił ognisko i powiesił nad nim kociołek. – Dzień dobry! – Zawołał głośniej, aby budzić dziewczynę. Niedługo będą musieli się zbierać, nie było czasu na długie wylegiwanie się. Zwłaszcza, że przecież i warunki nie sprzyjały.

    Rainar

    OdpowiedzUsuń