wtorek, 8 sierpnia 2017

"Mogę być dobra, nawet bardzo, lecz także zła, jeśli zechcę." - Catwoman


*Sol*wiek nieznany*Atlantyda*


    Samą siebie nazywa po prostu kobietą, czasami w przypływie humoru i weny wiedźmą, choć sama nie przeczuwa nawet, że jest pół demonem, Alu-bies. 
Choć wie, że żyje w niej magia - dziedzictwo starszej krwi; nie potrafiąc jej okiełznać i zrozumieć, poddaję się temu i pozwala prowadzić. Pochodząca z zewsząd po trochu, z przeszłością naznaczaną enigmą, przyszłością okrytą ciszą, nazywana jest przez jednych uzdrowicielką, innych raganą, jeszcze innych wyrocznią. A i tak większość w nią po prostu nie wierzy. W nią i w podobnych do niej.
    Jest wrażliwa na obce aury, ponadto potrafi je wyczuć i rozpoznać, a ziołolecznictwo, tajniki trucizn, rzucanie uroków, wypatrywanie wróżebnych znaków i czynienie drobnych cudów to dla niej chleb powszedni, choć nie zwykła do chwalenia się swoimi umiejętnościami. Przy piersi nosi magiczny talizman- kawałek Gwiazdy, który ma ją chronić i dzięki któremu przeczucia zwykle jej nie mylą. Największym jej darem zaś i przekleństwem zarazem jest jasnowidztwo- choć najtrudniejsza to sztuka, a wizje nachodzą ją nieproszone i w najmniej odpowiednich momentach.
    Nie znajdziesz jej od tak, gdy jej potrzebujesz, lepiej popytaj i poczekaj, aż ona sama cię odnajdzie. Bo Sol po cichu podąża tam, gdzie jej każą Głosy, gdzie Los i Przeznaczenie splecione ze sobą ją wzywają, gdzie Klątwy czekają na spełnienie, a Fatum niesie z wiatrem swe pieśni.
    W drodze odwagi dodaje jej unikalne podwójne ostrze o nieregularnych fantazyjnych krawędziach. Broń ta dodaje odwagi, nigdy jednak ciepła, jakie dałaby chociaż namiastka obecności towarzysza. Gracji w krokach nie ujmuje też niewidoczny na pierwszy rzut oka krótki sztylecik przyczepiony przy kostce kobiety.
      Nie ma domu, przez co toczy walkę sama ze sobą, jako samotny włóczykij i kobieta szukająca ciepła. Rodzina żyje w niej, wszystko co widziały jej matki, siostry i poprzedniczki, czego posmakowały, co poznały, czego doświadczyły. Zatrzymuje się w pustych chatach, leśnych gaikach, na nieodwiedzanych poddaszach, a nawet wykazuje niezwykłą krnąbrność, bez pytania goszcząc w komnatach wielkich posiadłości podczas nieobecności gospodarzy, o czym nikt nigdy się nie dowiaduje. Nie jest to wcale głupota, ale pewność, że nawet gdyby stała jej się krzywda - nigdy nie nadejdzie najgorsze. Sol nie może umrzeć, nie jest nieśmiertelna, ale za każdym razem wybudzi się z snu wiecznego, taka sama jak zawsze - w ciele młodej dziewczyny. Została przeklęta i objął ją samsar, a działo się to wiele wieków temu, gdy nie można było rozróżnić tak wielu światów, jak teraz. 
    Środków na życie zwykle jej nie brak, zajmując się bowiem drobnymi, acz nietypowymi zleceniami, nie ma prawa narzekać na zły Los. Zwłaszcza, że ten stoi po jej stronie. Często sprzedaje zdobyte w różnoraki sposób, czasami i mało legalny, przedmioty magiczne, okultystyczne, szamańskie, religijne, sama też odprawia rytuały, albo egzorcyzmy za odpowiednią stawkę. Zdarza się, że na kilka tygodni przyjmie rolę tancerki w jakiejś spelunie, barmanki w tawernie, albo kochanki w burdelu, bo żadna praca nie hańbi i każdy zawód po coś został stworzony. Zdecydowanie zbyt często jak tam gdzie akurat się zakotwiczyła, można spotkać ją w miejscach nietypowych na samotne wędrówki jak cmentarz w czasie pełni, jezioro topielców w górach, czy najciemniejsze zakątki lasu w którym szumi tylko rzeka i wiatr na liściach.
    Kocia zwinność, niezwykle czułe zmysły i zręczność dodają jej pewności siebie, a nauki jakimi ją raczono, czasami i wbrew jej woli, sprawiają, że wie i potrafi dostrzec więcej, niż powinna, czy by potrzebowała do szczęścia. Od dziecka wychowywana była przez wielu, przechodziła z rąk do rąk jak niechciana zguba, nie mogąca znaleźć własnego miejsca. A najdziwniejsze, że nie może dotrzeć do prawdy o swoich prawdziwych rodzicach, choć też szczególnie nie stara się jej odnaleźć. Wie na pewno, że matka jej należała do starego rodu potężnych wiedźm, ojciec zaś to tajemnicza i pociągająca postać, która była nieuchwytna niczym widmo.
    W chwili obecnej, ceniąc sobie własną wolność i niezależność, usilnie stara się uciekać wszelkim domom, gildiom i organizacjom i odmawia przynależności gdziekolwiek, do czego i kogokolwiek. Jest to momentami jednak bardzo uciążliwe, zwłaszcza gdy pewne kręgi wiedzą o jej umiejętnościach i znają wychowanie, które wydobyło ukryte talenty. A ostatnimi czasy szczególne towarzystwo stara się ją pochwycić, przez co zmuszona była szukać sposobu na ukrycie się i swojej magii. 



Jak wygląda Sol, każdy widzi. Prawie niczym nie wyróżnia się z tłumu. Prawie, bo jest pewien detal, prócz ognia na głowie, szczególnie rzucający się w oczy.
Standardowy średni kobiecy wzrost niekoniecznie robi wielkie wrażenie. Ciało smukłe, szczupłe, kształtne z subtelnymi kobiecymi krągłościami tam gdzie być powinny, też nie sprawia, że Sol uchodzi za wyjątkową piękność jak nimfy na przykład, choć nierzadko zdarza się, że mijający ją mężczyźni dostrzegają ponętności, na których oko można zawiesić. Jasna, gładka cera na szczęście opalana w słońcu na złotawy brąz, objawia złośliwą przypadłość wobec swej nosicielki, bo skora jest do rumieńców, tym samym często zdradzając, co drzemie w sercu kobiety. Włosy jej z dużą tendencją do wywijania się, najczęściej tworzą artystyczny nieład i to dosłownie. Lekkie fale, gdzieniegdzie grubsze pukle opadające miękko na szczupłe ramiona i plecy kobiety w postaci dużych loków, utrzymują się w barwie ognia, w swej tonacji mieniąc się od jasnej miedzi, przez jawną marchew, aż po ciepły kasztan, można go nawet momentami w mroku określić jako czekoladowy, ciemny brąz. Mały, prosty, nawet zgrabny nos ozdobiony jest kilkoma drobnymi piegami, bo przecież dziewczyna bez piegów jak niebo bez gwiazd. Ciemne, ładnie zarysowane, łukowate brwi, uwydatnione kości policzkowe i koralowe usta, najczęściej ułożone do subtelnego i kryjącego wiele emocji uśmiechu; to te elementy jej twarzy, które pozwalają nazwać rysy Sol regularnymi, a ją samą po prostu ładną. I tu kończą się zewnętrzne aspekty jej człowieczeństwa, takiej zwyczajności.
Tęczówki. To one sugerują, że kobieta, która biega po lesie, szukając ziół; która przysiada się do stolika bez pytania, proponując herbatkę, albo wpatruje się w ogień paleniska, lub przegląda stare poplamione pergaminy, nie do końca jest czysto ludzka. Soczysta zieleń spojrzenia, załamana jest nie złotem, nie kolorem piwnym, który błyszczy jasno jak bursztyn. Oczy Sol, okalane ciemnymi, długimi, jakby figlarnie podkręconymi rzęsami, dodającymi jej jeszcze więcej uroku, skażone są siarkową żółcią, nadająca jej dzikości i egzotyki. To przez nią często w mroku, gdy nie widać sylwetki kobiety, a gdy jej oczy błyszczą, odbijając światło jak u kota, można pomylić ją z drapieżnikiem. Pytanie tylko, czy to złudzenie, czy w ciemnościach rzeczywiście kryję się zło...?



Sol to młoda kobieta, którą można porównać do szkła. Choć jest bardzo krucha i łatwo ją zranić, to jednak stara się udawać silną, by nikt takich prób nie podejmował.
Ta osoba z ukrytym temperamentem wykazuje się dużą empatią, jakby do jej umiejętności należała także kolejna, odczuwania stanu emocjonalnego drugiego człowieka. Jest odważna, lecz nie szorstka, a zarazem łagodna i wrażliwa, choć nie w sposób, który każe jej płakać nad zerwanym kwiatem. Przez to ciepło, wyrozumiałość i cierpliwość jakie zwykle innym okazuje, można oskarżyć ją o niedojrzałość, o dziecięcą wiarę w dobro, naiwność, nawet o brak świadomości zła, a to już prawdą nie będzie. Sol jest dojrzała i nie tylko dlatego że już kilka lat temu zyskała pełnoletniość i oczywiście świadoma tego, że świat pełen jest półcieni i półblasków, bo kto jak nie kobieta musi to wiedzieć? Często się uśmiecha, jakby nie chciała swoją aurą niepokoić, a kiedy płacze stara się, by nikt jej łez nie widział. Lubi uchodzić za osobę pogodną, beztroską, to jej daje poczucie bezpieczeństwa i ciepła, którego mimo wszystko jej brakuje. Stara się od siebie odsuwać powracające uczucie samotności, bo choć nie ma wielu przyjaciół, można powiedzieć nawet, że boi się otaczać większym gronem osób, u których będzie mogła szukać bezpieczeństwa i schronienia, boi się otworzyć i zaufać innym; nie stroni od towarzystwa jednak. Ciekawa świata i jego cudów, zazwyczaj pcha się w kłopoty i pali gafy, nie bojąc się zadawania pytań. Czasami wstydliwe dziecko, a czasami bezwstydna jak diabli. Mimo że potrafi kochać, nawet chciałaby móc mieć kogoś przy sobie skrycie, wciąż jest sama, boi się ujawniać drzemiące w niej prawdziwe uczucia, namiętności i pasje. Zazwyczaj nie ma to żadnego znaczenia, ale w chwilach, gdy nadchodzi refleksja, umie stwierdzić, że mogłaby być szczęśliwsza. Zdaje sobie sprawę z tego, że wobec nowo poznanych jest aż nadto ostrożna. Jej podejście do ludzi i nieludzi jest różne, bo i każdego odbiera inaczej, widząc osobę szczerą zachowa swoją swobodę, naturalność i uśmiech, gdy zaś napotka na swej drodze postać tajemniczą i niebezpieczną i gdy to wyczuje, sama zmienia się nie do poznania.
        Prawdziwie wolna jest zdolna do wielu rzeczy, nawet i szalonych, czy też przede wszystkim do takowych właśnie.
Prócz twarzy młodej kobiety, pogodnej, łagodnej, delikatnej, potrafi pokazać pazurki. Umie być tajemnicza, poruszając się bezszelestnie zajść od tyłu i wystraszyć, choć nigdy nie zdarzyło się, by stała się niebezpieczna dla kogoś, kto jej nie sprowokował. Z reguły jest to osoba opanowana, spokojna, choć bardzo emocjonalnie wiele rzeczy przeżywa. Jest nazbyt ekspresyjna. Potrafi być często jadowita, wredna i złośliwa, cyniczna, a i pluć ironią umie nie najgorzej. W gniewie jest doprawdy straszna, rani słowem równie umiejętnie jak ostrzem, czy magią i nie zna litości dla tych, którzy ranią ją, czy osoby, które stały się dla niej bliskie. Nie ma w niej wiele zła i okrucieństwa, z pozoru wydaje się nawet i niegroźna. Uchodzi za łagodną osóbkę, choć dziki błysk w oku może zaintrygować i zgubić. Bo nikomu do tej pory nie udało się ujarzmić jej dzikiej duszy. 

[1. zdjęcie - http://aleksandra88.deviantart.com/art/5745747-300573997
2. zdjęcie - http://radiantflowelch.tumblr.com/
3. zdjęcie - http://antiquecameo.deviantart.com/art/Lace-418507316

chętnie zaczynam wątki! <3]

31 komentarzy:

  1. [Witamy ponownie na blogu :) Życzę udanej zabawy, weny i inspiracji :) Obyś dobrze się tu bawiła :) Zapraszam też do wspólnego wątku z Sinan :)]

    OdpowiedzUsuń
  2. [Też mam nadzieję, że zostaniesz na dłużej :) Każdy pisze kiedy i ile może. Nie ma tu jakichś strasznych rygorów, więc spokojnie :) Postać jest bardzo fajna, dla mnie w zasadzie w miarę dobrze znana jeszcze z EB :) Widzę, że jesteś przywiązana do rudowłosej czarownicy :) Co do mocy to w Farii jest magia, ale jeśli postać jest z innego świata, to ma pewne ograniczenia, ale coś tam zdziałać może ;)
    A co do wątku to podaj mi miejsce akcji :)]

    OdpowiedzUsuń
  3. [A nie kojarzysz pani z gifów? :) Tam też miałam ten wizerunek :) Prowadziłam Annę Sawyer i faktycznie wspominam to z pewnym sentymentem. Bardzo się wtedy wkręciłam i byłam zdziwiona, że zamknięto bloga. Po reaktywacji to nie było już to samo. Ok, to możemy spotkać się w Orlim Lesie :) Zobaczę jak się wyrobię, jeśli się mi uda zacznę jeszcze dziś, a jeśli nie to na pewno jutro ;)]

    OdpowiedzUsuń
  4. [No dobra, to i tu się oficjalnie przywitam. :) Nie miałabyś przypadkiem ochoty na jakiś wątek z pewnym zdziwaczałym nekromantą? :> Eraziel zaprasza.]

    OdpowiedzUsuń
  5. [Nie jemu, jego kocham takiego, jakim jest :D Do wolnej postaci, wampirzycy, o której wspominam, a której nie dodałam do wolnych postaci (inna sprawa, że jakoś nie zauważyłam tej zakładki wcześniej, ekhem, nie, nie jestem ślepa, skądże). Cóż, ja najlepsza w wymyślaniu pomysłów, przyznam, nie jestem, ale mogłaby trafić do Camelotu i przy okazji użyć swoich mocy (a tam magia jest przecież srodze zabroniona), więc Raz by jej pomógł. Czy coś, jeśli masz lepszy pomysł, rzucaj od razu.]

    OdpowiedzUsuń
  6. [Brzmi bardzo dobrze :> I będę wdzięczna za zaczęcie.]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [Chwilka, bo właśnie mnie to uderzyło. Pisałaś kiedyś na Keronii?]

      Usuń
  7. [Całkiem niezły pomysł :) Zacząć będę mogła niestety dopiero jutro, ale jak znajdziesz chwilę czasu, to możesz mnie w tym wyręczyć - odpiszę jutro i przynajmniej wątek szybciej pójdzie do przodu.]

    OdpowiedzUsuń
  8. Czasem coś ciągnęło ją do lasu, choć miała z nim związanych wiele bolesnych wspomnień. To niegdyś w lesie wzniesiono potężny gmach który obwarowano wysokim murem zza który trafiały mające mniej szczęścia w życiu dzieci. Sidranie na różne sposoby próbowali zaszczepić w nich poczucie przynależności do zakonu i bezgraniczne posłuszeństwo. Odbierali im rodziny i dzieciństwo by wyszkolić armię, która na różne sposoby służyłaby w dla dobra zakonu. Na szczęście zakon upadł, a ci, którym udało się przeżyć rozeszli się w różne strony, gdzieś gdzie będą mogli zacząć życie od nowa, choć zapewne już nigdy żadnemu z nich nie uda się zapomnieć i żyć całkiem normalnie. Tak było i z Sinan. Nie potrafiła za dobrze się zasymilować w nowym świecie. W dodatku pozbawiono ją głosu, co znacznie jej wszystko utrudniało. Musiała nauczyć się innych sposobów komunikacji, choć i tak rzadko kiedy je stosowała. Nie była bowiem duszą towarzystwa. Starała trzymać się na uboczu i nie rzucać się aż nadto w oczy. Bała się, że ktoś z Zakonu Sidry nadal gdzieś tam czyha na jej życie. Taka myśl nieustannie krążyła po jej głowie. Taką myśl specjalnie w niej zaszczepiono, bo strach miał ją skłaniać do robinia tych wszystkich strasznych rzeczy, które nie dawały jej później zasnąć.
    Mimo to las ją bezgłośnie wyzywał. Gdzieś tam, w oddali, pośród Varnijskich drzew nadal słyszała krzyki i dźwięk łamiących się kości. Co jakiś czas musiała sprawdzać czy oby na pewno już tam nic nie pozostało. Chowając się za drzewami jakby sama tamtejsza ziemia miała ją pochłonąć. Wracała tam i patrzyła, upewniała się, że już po wszystkim. I nawet kiedy nic tam nie widziała wiedziała, że dla niej ten koszmar nigdy się nie skończy. Przypominały jej o nim blizny i brak głosu, który był teraz w rękach nieznajomego mężczyzny, którego za pośrednictwem akwamarynu mogła usłyszeć. Miała nadzieję, że kiedyś uda się jej go zlokalizować, odzyskać kamień, a z nim razem głos, który na dobre by do niej wrócił. Jak dotąd na próżno.
    Teraz mijała miejsce, którym zaopiekował się już czas. Spalony budynek doszczętnie zniknął z ziemi. Gdzieniegdzie dało się dostrzec jakieś drobne pozostałości porośnięte mchem, które przypominały zwykłe kamienie. Prowadziła z sobą śnieżnobiałego konia, z którym rzadko kiedy się rozstawała. Zwierzę co jakiś czas trącało ją w ramię łbem jak gdyby chciało powiedzieć jej by dała już sobie z tym spokój, że to już przeszłość i nie jest już sama. Wolnym krokiem ruszyła dalej aż w pewnym momencie coś dostrzegła. Zatrzymała się, a serce zaczęło jej szybciej bić. Czuła jak narasta w niej panika. Ktoś tu był. Modliła się byle nie tylko ktoś z zakonu. Po cichu podeszła bliżej by móc się lepiej przyjrzeć. Odetchnęła z ulgą widząc całkiem nieznajomą twarz rudowłosej dziewczyny, która wydawała się być tu całkiem zagubiona. Być może była w tarapatach? Wyglądała jakby się tu przed kimś chowała. Sinan nie chciała jej przestraszyć, ale jej obecność i tak zaraz wyszła na jaw. W kierunku kobiety ruszył zaciekawiony koń, a kiedy chciał gdzieś iść nie było mocy by zatrzymać uparciucha. Pociągnął ją za wodzę za sobą. Kiedy rudowłosa ich spostrzegła Sinan skinęła na przywitanie głową.

    [Jak teraz widzisz, to z blondem nie miała za wiele wspólnego xD Przechadzałam się po internecie i natknęłam się tam na takie dwie, rudowłose panie, a że mam dziwną słabość do gifów to się naoglądałam. Jeśli kiedyś chciałabyś nadać Sol jakąś konkretną twarz to możesz wybrać np. którąś z nich: Isolda Dychauk albo Lotte Verbeek :) I mam nadzieję, że nie przestraszyłaś się tego powyżej :)]

    OdpowiedzUsuń
  9. Katakumby zawsze były dla niego najbezpieczniejszą ostoją i naprawdę rzadko się stamtąd wynosił. Gdzie można czuć się bezpieczniej niż w owianych mroczną legendą kryptach, do których wieśniacy się nie zapuszczali, pełną jemu tylko znanych korytarzy i nieumarłych, których wskrzesił z martwych od wieków wielkich wojowników, kupców i mędrców. Tam urządził się dawno, dawno temu i jakimś dziwnym cudem nadal miał tam jakieś zajęcia, więc raczej nie opuszczał ich na zbyt długo. Jednak księga o alchemii, którą znalazł jakiś czas temu teraz wymagała od niego pewnych wyrzeczeń. Zioła same się nie zdobędą, a nie chciał obarczać tym Very, która i bez tego miała sporo na głowie. W końcu czemu miał narażać ją, a nie siebie?
    Choć przyznać trzeba, że i ona nieco wtedy przesadziła. I choć Eraziel chciał się na nią złościć i jej wyrzucać, tak naprawdę był jej zdrowo wdzięczny, szczególnie gdy wiedział, że nie zrobiła tego specjalnie z myślą o nim. Chatka zielarza znajdowała się bowiem zdecydowanie najbliżej jego włości, jako że była ona najdalej wysuniętym na południe budyneczkiem wioski, której najbliżej było do katakumb. I gdy mężczyzna, nieco zbyt inteligentny i rzeczywiście świadomy, szczególnie w porównaniu do większości wieśniaków, którzy wpatrzeni byli w niego jak w wyrocznię, pewnego razu Verę skojarzył, postanowiła wziąć sprawę w swoje ręce. Pozbyła się zielarza w jedną noc, w następną już siedziała u Eraziela i przekonywała go, że pójście tam to naprawdę dobry pomysł. Przyznać trzeba, że chwilę jej te pertraktacje zajęły, ale w końcu nekromancie skończyły się sensowne argumenty, została tylko realna potrzeba i odrobina ciekawości. W końcu całkowicie pozbawiony był możliwości zdobywania ziół w inny sposób, a to zdawało się naprawdę korzystne. Miał tam być raptem jedną noc, nie dłużej – ot, zebrać składniki i zapiski, które mógł na ten temat znaleźć, wiedział bowiem, że zielarz potrafił pisać.
    Przywiązał więc ducha zielarza do chaty i podporządkował sobie, żeby żaden losowy wieśniak mu nie przeszkadzał, zamierzając uwolnić go, gdy ze wszystkim się zabierze. I wszystko było – ogródek za chatą został w dużej mierze opróżniony, tak jak i zasuszone zasoby zielarza, zapiski także Eraziel znalazł. Tylko wtedy właśnie zrodził się problem, bo oprócz zwykłych zapisków odkrył też cieniutki notatnik, oprawiony jednak w skórę, który zdawał się być starszy niż sam zielarz uprzednio. Wtedy nekromanta nie próbował nawet powściągnąć ciekawości, wsiąkł tylko w notatki na nieco zbyt długo. Były to rady, zdawałoby się, z dziada pradziada, od oczywistości po dziwności, co do których autentyczności miał może Eraziel pewne wątpliwości, ale i tak nie mógł uwierzyć w swoje szczęście. W dużej mierze także dlatego, że te oczywistości także były mu niezmiernie potrzebne, wziąwszy pod uwagę, jak pokraczna była teraz jego edukacja.
    Dlatego gdy usłyszał zawodzenie zjawy, świdrujące jego umysł, w pierwszym odruchu chciał odwołać strażnika, irytując się nieco. Miał ważniejsze rzeczy, chciał powiedzieć. W końcu jego nieumarli z reguły rozprawiali się z intruzami, zanim ci zaczęli się chociażby zbliżać. Inna sprawa, że to dlatego, że owi intruzi z reguły byli zwykłymi wieśniakami. Dopiero po chwili zdał sobie jednak sprawę, co to oznacza. Tu nie miał nawet jednego materialnego strażnika. Musiał więc ogarnąć to sam. Wstał, jednym, szybkim ruchem zgarniając wszystko, co leżało na stole do torby, chwycił swój kostur i popędził w stronę, z której wyczuwał zjawę. Miał tylko nadzieję, że niczego nie zniszczył.
    Otworzył z hukiem drzwi do spiżarki, chcąc postawić raczej na efekt. Jeśli przez te dziesięć lat spędzonych niemal samotnie w katakumbach czegoś się nauczył to tego, że hałas i obraz potrafiły zdziałać naprawdę dużo. Na tyle dużo, że nie zawsze w ogóle musiał używać magii. Nie żeby jego intruz nie wiedział już, że użyto magii – przecież przed nim, a raczej nią, wisiał teraz niematerialny byt. Eraziel spojrzał z wyższością na kobietę i powiedział lodowato:
    – Czego tu szukasz?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie zabijał wieśniaków, jeśli nie było takiej potrzeby. A teraz zdecydowanie nie było, a intruz nie wydawał się zbyt różnić od wieśniaków. Oczywiście, w jego katakumbach było inaczej, bo nieumarli nie zastanawiali się, kogo atakują, a Eraziel nie mógł witać każdego intruza oddzielnie. Ale pod tym względem także sytuacja teraz się różniła.

      Usuń
  10. Brayddrin pochodził ze świata, w którym każda dalsza wyprawa wymagała użycia portali, a niestety w wyniku wielu wypadków, część z owych portali nie do końca działała, więc można było śmiało założyć, że ten sposób podróżowania nie był dla niego bardzo nowy. Kiedy mężczyzna przeniósł się do Elay, od razu instynktownie poczuł, że dotarł znacznie dalej, niż zamierzał, ale w sumie w tamtym momencie nawet mu to pasowało i nawet fakt, że portal zamknął się za nim odcinając drogę powrotu niespecjalnie wpłynął na jego nastrój.
    Od tamtego czasu Brayddrin nie potrzebował wiele, by się zaaklimatyzować w nowym miejscu. Ludzie byli bardzo podobni, podobne też były zasady funkcjonowania całej społeczności. I podobny był zawód kowala - wszędzie trzeba było podkuć konia, wykuć ostrze do kosy albo obręcz na koło od wozu. Brayddrin dzięki swojej nadnaturalnej sile kształtował żelazo tak łatwo, jakby to była plastelina, więc bardzo szybko znalazł pracę i uznanie, jednak uważał na to, by nie ściągać na siebie zbyt dużo uwagi. Miał jej aż nadto wcześniej i teraz chciał nieco odpocząć od całego tego tumultu wokół jego osoby.
    Tamtego dnia nie spodziewał się niczego dziwnego, ale ponownie - nie pierwszy raz by go takie wrażenie zmyliło. Mężczyzna był obdarzony jakimś przedziwnym przeciwieństwem szóstego zmysłu i zazwyczaj w ogóle nie wyczuwał, co się święciło.
    Do domu wszedł jak zazwyczaj i nawet nie zwrócił uwagi, że ktokolwiek był tam przed nim. W progu rzucił kapelusz na kołek i usiadł na zydlu, żeby zdjąć ciężkie buty. W sumie mógłby tego dnia posprzątać, bo chyba w kuchni zostały mu jakieś resztki posiłku, do którego zaraz zlecą się muchy, albo i coś gorszego… Tak, Brayddrin naprawdę nie lubił sprzątać, ale jeszcze mniej mu się uśmiechała perspektywa ganiania szczurów po domu z miotłą w garści.

    OdpowiedzUsuń
  11. Zmarszczyła brwi widząc jak dygocze. Podeszła do niej powoli jakby nie chciała jej spłoszyć. Była sina i zmarznięta, co nie było normalne podczas upalnego lata. Sinan przyglądała się jej ze zmartwieniem wypisanym na twarzy. Nie mogła jej nawet zapytać jak się czuje. Chociaż nie mówiła już prawie dwa lata nadal czuła się z tym nieswojo. Nie mogła do tego przywyknąć i zaakceptować. Była wręcz pewna, że jeszcze go odzyska.
    Sinan była osobą, która lubiła być gotową na wszystkie ewentualności. Niezależnie od pory roku i pogody zawsze starała się mieć ze sobą swój mały niezbędnik, który raczej przypominał średniej wielkości tobołek niż podręczny bagaż. Odczepiła go od siodła i szybko wygrzebała z niego koc. Ostrożnie otuliła nim rudowłosą. Nie wiedziała dlaczego ta była w takim stanie i skąd się tam wzięła. Od kiedy na wyspę wróciła magia rzadko było można spotkać w lesie samotnie przechadzających się ludzi. Co prawda był jeszcze dzień, a większość potworów budziła się podczas nocy, to nadal było to trochę niebezpieczne. Ostatnimi czasy ginęło coraz więcej osób w dość niewyjaśnionych okolicznościach. Na pierwszy rzut oda nie wyglądała na najzdrowszą, ale by jej jakoś pomóc najpierw musiała dowiedzieć się w czym. Zaraz zaczęła rozglądać się też za czymś do jedzenia. Nie było tego zbyt wiele, ale zawsze coś. Wyjęła z torby niewielkie zawiniątko, w którym znajdował się kawałek sera, kilka jabłek i trochę suszonego mięsa. Usiadła na trawie i rozłożyła wszystko przed nieznajomą, po czym poklepała dłonią miejsce obok by i ta usiadła. Nie wiedziała jak zareaguje. Miała nadzieję, że nie ucieknie. Chciała zdobyć trochę jej zaufania. Brak głosu jej jednak nie pomagał. Jednak jakoś musiała sobie radzić na przykład za pomocą pisma. Całkiem dobrze się to sprawdzało, oczywiście o ile ktoś potrafił czytać, a z tym bywało różnie. Wyjęła z torby arkusz papieru i coś do pisania, po czym zaczęła kreślić na nim litery. „Wszystko w porządku? Co tu robisz? Mogę ci jakoś pomóc? Nie mogę mówić, za to słyszę.” – napisała, a następnie przekazała jej kartkę z nadzieją, że ją przeczyta, po czym podała jedno jabłko nachylającej się nad nią klaczy.

    OdpowiedzUsuń
  12. [Jasne, mam coś wymyślić? Czy ty?]

    OdpowiedzUsuń
  13. [Z wątkiem z Ellipson jeszcze pomyślę ;p, jeśli chodzi o wątek z rodzinką, to myślałam, że punktem zaczepienia, może być Nessa, która chciałaby zerwać pakt z diabłem i potrzebowałaby czarownicy do tego (oczywiście to się nie uda, bo rodzinka prawie nieśmiertelna musi zostać ;p). Na początku rodzina mogłaby dobrze powitać Sol, bo np. Nessa sprzedałaby im bajeczkę o tym, że np. Sol pomoże im w czymś. Po może nawiązaniu jakiegoś romansu lub tego wątku z zakochaniem z jednym mężczyznu, mogłoby się wydać, co naprawdę robi Sol dla Nessy. Potem się coś wymyśli xd. Oczywiście wszystko może być przeplatane jakimś poszukowaniem starych ksiąg do rytuału czy coś. Jakąś taką przygodą.]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [Dzięki <3. Wymyślałam to podczas krojenia bułki xd. Może niech przez posłańca, a Sol np. Przybędzie do ich jakiegoś dworku?]

      Usuń
  14. Brayddrin oczywiście nie wyczuł nikogo za drzwiami, tylko po prostu wszedł do pokoju jak do siebie (bo w końcu był u siebie), niemalże taranując biedną kobietę. Można było śmiało powiedzieć, że kowala początkowo nieco zatkało. Jego najgorsza "przygoda" w życiu rozpoczęła się od tego, że spotkał dziwną kobietę i wiele wskazywało na to, że historia lubi się powtarzać. Mężczyzna o sile i posturze Brayddrina teoretycznie nie powinien się jakoś mocno przestraszyć ewidentnie osłabionej kobiety w jego własnym mieszkaniu, ale Shaikan podchodził do tego trochę inaczej.
    Gdy minął pierwszy szok i kowal uważniej się przypatrzył, pozwolił sobie nieco się rozluźnić. Dziwnym mu się jednak wydało, ze kobieta chciała się ogrzać - było lato, na zewnątrz wciąż świeciło słońce i było wręcz duszno. Brayddrin wiele by dał za możliwość przetarcia twarzy i rąk śniegiem, a na pewno nie ciągnęło go do żadnego ogrzewania się.
    - Ogrzać się? W lecie? - zapytał, ale nie wykonał żadnego ruchu, by ją stąd przepędzić. Ani żadnego, by jej pomóc, chociaż w głowie w sumie miał już plan, jak to zrobić i raczej skłaniał się ku temu, by go wykonać.

    OdpowiedzUsuń
  15. [Co to Ellipson. Piękna fabułka <33. Tylko Ellipse raczej mogłaby działać bardziej na zlecenie kogoś. Np. Sol mogłaby się dowiedzieć o kłamstwie dopiero w mieście, kiedy już ona lub Ellipse zostałaby zatrzymana przez straże i wsadzona do więzienia. Potem miszyn ratunek z więzienia. Co ty na to?]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [Mogę ja, chyba że ty tak bardzo chcesz ;p]

      Usuń
  16. Ellipson zatrzymała konia, tuż przed wejściem do karczmy w malutkiej wsi. Lawendowe Wzgórza, tak oto się zwała ta wioska. Ell nie była tego pewna, bo po drodze mijała już jakieś Tulipanowe Grządki, Różane Pagórki i wiele innych. Weszła ze swoje klaczy, która nosiła piękne imię Rose. Wywiało ją na niezłe zadupie w Astavi, nie ma co. Zdjęła skórzane rękawice z dłoni, żeby włożyć je do torby. I tak była tu tylko przejazdem, żeby kogoś znaleźć. Zadanie wymagało czarodzieja, który umie zdjąć zaklęcie działające od kilku stuleci, a ją doszyły słuchy, że w tej okolicy właśnie przebywa pewna czarownica. Już odruchowo położyła ręce na swoim kochanym mieczyku, który dopiero co został odzyskany. Naciągnęła kaptur na głowę, bo cóż... w tym rejonie specjalnie miło witana by nie była. Kiedyś miała małe zatargi z szajką działającą na tych terenach... szczegóły oficjalnie nie są znane. Powoli weszła po drewnianych schodkach na mały podest. Spokojna okolica, za bardzo spokojna. Znaleźć, zagadać do tej czarownicy i spadać stąd jak najszybciej. Rozejrzała się. Czuła na sobie czyjś wzrok, oczywiście. Już ją wypatrzyli. Weszła szybko do tawerny, a od razu uderzył ją zapach piwa, mokrego psa (pewnie gdzieś siedział wilkołak), potu i krwi (najpewniej po bójce, która musiała wydarzyć się tu, tuż przed jej przybyciem). Westchnęła ciężko. Zaczepiła gospodarza, mówiąc mu, żeby przyniósł jej wina, tylko bez dodatku wody. Facet z grubym wąsem, który mógł trochę podciąć, przytakną z wielkim uśmiechem, twierdząc, że "Dla pięknej pani wszystko". Prześledziła uważnie gości w pomszczeniu, nic specjalnego. ALE I TAK NIE BYŁO TU TEJ KOBIETY. Jak przyjdzie jej przejechać przez jeszcze jedną kwiatową grządkę w jej poszukiwaniu, to chyba się zaciuka. Westchnęła ciężko, wybierając miejsce w kącie. Naciągnęła jeszcze bardziej kaptur na głowę, postanawiając, że wypije tu jeszcze to wino, a potem ruszy w drogę.

    [Wybacz, że krótko, ale jakoś nie miałam pomysłu na to spotkanie :(]

    OdpowiedzUsuń
  17. Co tchnęło Nessę, do wezwania czarownicy? Ona sama nawet nie wiedziała. Może po prostu patrzenie na to, jak jej bracia i siostra zabijają niewinne osoby, stało się strasznie... przykre? Może i tak było. Jednak Nessa nie wezwałaby tej czarownicy, gdyby nie była pewna tego, czego chciała. A Archersonowie zawsze dostają to, czego chcą. Powoli zbliżał się wieczór, a ona siedziała na schodkach prowadzących do małego dworku, wypatrując rudawych pukli włosów. Na kolanach trzymała drewniane naczynie wypełnione ziemią, a w nim rósł maleńki, śnieżnobiały kwiat. Wsłuchiwała się w jego szepty, on jej mówił, czy kogoś widać na szlaku. Jej długie oraz jasne włosy opadały na ramiona, coraz łaskocząc ją w twarz. Miała nadzieję porozmawiać z tą całą Sol (bo tak nazywała się wiedźma), zanim zauważy ją jej rodzeństwo. Wiedziało ono o przybyciu czarownicy, owszem. Jednak Nessa sprzedała im bajeczkę, o tym, że czarownica postara się uleczyć Lorelai z nachodzących ją sennych mar. Wiedziała, że jej siostra nie przyzna się do koszmarów (lub czegoś gorszego), ale nieraz się zdarzało, że Lore szła normalnie spać, a rano wchodziła do domu cała w cudzej krwi. Axton nie przejął się i powiedział tylko "kilka duszyczek dla diabła", a potem zrobił ten swój uśmieszek. Latimer miał to całkowicie gdzieś, ale Nessa nie. Po co gładzić tylko jedną i to maleńką kończynę problemu, kiedy można zniszczyć cały problem.
    Zacisnęła mocno wargi, stwierdzając, że czeka już od paru godzin... bo przecież zaraz będzie ciemno. Spojrzała na zachodzące słońce, które chowało się za innymi domami. Dworek Archersonów (a raczej kogoś, kto leży teraz martwy w ogródku, a oficjalnie wyjechał, a ta czwórka rodzeństwa ma się nim opiekować) znajdował się tuż u granicy małego miasta. Prowadziły do niego niemal wszystkie drogi, jednak żeby do niego dotrzeć, trzeba było przejechać przez mały lasek (Nessa go uwielbiała). Wstała powoli, z zamiarem pójścia do domu, bo jak widać, czarownica stwierdziła, że nie obchodzą ją sprawy dzieci diabła. Kiedy już miała otworzyć drzwi do domu, usłyszała cichy szept kwiatu, trzymanego w doniczce, w obu dłoniach. Uśmiechnęła się szeroko. Odstawiła naczynie na podłogę, wycierając ręce o zieloną suknię. Nie nosiła się tak jak Lore, wolała bardziej praktyczne ubrania. Od Lorelai zawsze wiało... tym czymś, tą kobiecością, podczas gdy ona jeszcze nie wyszła z trybu dziecięcej urody. Troszeczkę krągłe policzki, na pewno o tym mówiły. W jej niebieskich oczach zaczęły skakać iskierki podniecenia, kiedy przy końcu drogi zobaczyła postać o rudych włosach. Nareszcie!
    - Myślałam, że się nie doczekam! - szepnęła do siebie - Pani Sol, tak? - spytała, uśmiechając się szeroko. To ona była tą kulturalną, ułożoną i uczynną z Achersonów. - Niech pani zostawi wszystko na werandzie, zaraz przyjdzie Aldryk i zaniesie to do pani pokoju. Jednak chciałabym pójść jeszcze do ogrodu i omówić parę spraw, o których moi bracia i siostry wiedzieć nie mogą. - Mówiła i szła w stronę ogrodu, nie dając dojść czarownicy do słowa. - Otóż, oficjalnie dla wszystkich jesteś tu po to, aby wyleczyć moją siostrę z koszmarów i lunatykowania... choć podejrzewam, że to nie jest lunatykowanie. Wiele razy widziałam siostrę, kiedy mówiła do siebie, zachowywała się inaczej, nazywała siebie inaczej... ale ja nie o tym miałam! Tego dowiesz się raczej od Lorelai. Kilka tysięcy lat temu moja matka zawarła pakt z diabłem, który utrzymuje naszą czwórkę przy życiu. Nadążasz? Dało nam to specjalne dary, ale i tak płacimy wysoką cenę. Chcę zerwać ten pakt i wreszcie umrzeć. Oczywiście rodzeństwo nie może się o tym dowiedzieć, bo rozszarpałoby mnie i ciebie na strzępy. Jest to możliwe? Co ja plotę, na pewno.
    Jeszcze raz uśmiechnęła się szeroko, tym razem chcąc dać kobiecie możliwość wypowiedzenia się.

    OdpowiedzUsuń
  18. [hej Sol. Tesknilam za Toba troche wiesz? ;)
    Ano ma to po tatusiu (i po mnie tez xD). Uparte to dziecko i rozpuszczone, nie mniej troche wyrosla ale czy zlagodniala to juz inna kwestia. Byle przezyc i isc do przodu. A i nadal nie wie jak wrocic do domu ^^.
    Nie mniej pod plaszczykiem uporu czuje zagubienie i czesciej jej bylo wychodzic do ludu niz czytac czy sluchac nauczycieli. Nie to co reszta dumnej rodzinki.
    Zatem mogly sie napotkac w przeszlosci, albo tez w inny sposob. Moze i by Sol wiedziala albo i slyszala o nagrodzie. Cos wykombinujemy chyba.
    Jak wene mam to nie ma z kim pisac albo sie urywaja w polowie. Nie mniej dzieki i nawzajem]

    Katya

    OdpowiedzUsuń
  19. [to chyba bedzie to wiecej, bo moja to na oko ma tylko 17 ^^.
    Albo tez i nie rozpozna. Jesli by sie mialy spotkac dajmy na to gdy Kat miala z 5 latek, to by nie pamietala polowy przybywajacych gosci. Pewnie to wyjdzie w praniu. Znajac zycie to im wiecej mam szczegolow to potem zmieniam to 100 % ;) cala ja ^^ Trochę zardzewialam w starych klimatach i sorki ze bez pl znakow - leniwiec mnie trzyma, ale jak cos to krzycz]

    Rok moze dluzej mija, gdy opuscila znajome kąty. POczatki w nowym miejscu byly trudne. No ale musiala sie "poswiecic" i troche popracowac nad nowym wizerunkiem, bo po starym bylo widac, ze zadnej pracy sie nie imwala. Nie znaczyło jednak, ze nic nie potrafila. Gdy minal juz czas, gdy troche ozdrowiala i byla zdolna do pracy, sama sie o nia pytala. Nie chciała byc wiecznie na czyims garnuszku i wyjadac chleb, który tutaj byl w senie i nie kazdy go mial. Była tutaj krótko, ale zdazyla sie nasluchac okolicznych opowiesci. Chlonela je jak gabke, pragnac sie dowiedziec jak najwiecej, by dobrze sie wtopic w otoczenie acz bywaly takie momenty, ze chciala po prostu tupnac noga i pokazac swoj "charakterek". Jednak ci, którzy ja przyjeli byli na to zbyt dobrzy. Krawcowa troche przypominala jej stara nianie. Dobra i cierpliwa, potrafila lagodzic jej ataki zlosci i czasem stawala w pozycji mediatorki z reszta rodziny. po prostu byla kochana. A jej brakowalo ciepla. Takiego prawdziwego ciepla nie udawanego, gdzie kazdy tylko liczyl zyski na znajomosci z nia. Nawet z matka nie miala takiego dobrego kontaktu niz z nianka. Westchnela ciezko. Urodzila sie w "wiezieniu", czasem chciala nie miec nic, ale i miec wszystko. To byloby ciekawe zycie - zyc dniem dzisiejszym.
    Ponownie westchnela a potem zabrala sie do pracy przy niklym swietle. Na dworze bylo szaro i ponuro i zblizal sie deszcz. Jednak chciała zdazyc i skonczyc robote, gdyz jutro miala pojechac na targ i oddac suknie klientce a takze zakupic nowe sukna i nici. Wzdrygnela sie, gdy zaklula sie w palec, ktorego to tez wsadzila do buzi by nie zabrudzic materialu. Possala chwile palec, potem zajrzała do niej Rose.
    - jeszcze pare sciegow - oznajmila niewyraznie z kciukiem w buzi.
    - to dobrze, bo zaniedlugo kolacja. Zawolam cie.
    Pokiwala glowa pochylajac sie nad robotka. Zamiast glodu to zasypiala, ale dzielcie walczyła by nie zasnac az w koncu skonczyla. Wyciagnela przed siebie swe dzielo by sie przyjrzec, potem je wstrzasnela i zlozyla. Udala sie by cos zjesc, umyla talerze po pisilku, zyczyla dobrej nocy a i sama udala sie spac, aby rano wstac, bo czekala ja robota a i czas sie liczyl.
    Nie jechala sama - towarzyszyl jej krawiec, który prowadzil wozem az zajechali wczesnym rankiem do rymarza by sprawdzil podkowy. Zostawili konia i woz a sami udali sie w kilku roznych kierunkach: on po jedzenie a ona by zebrac zamowienia. Zrobila sobie chwile w gospodzie na malego grzanca i teraz leniwie saczyla napoj przygladajac sie klientom.

    Katya

    OdpowiedzUsuń
  20. Brayddrin w końcu doszedł do wniosku, że pozwoli wydarzeniom toczyć się tak, jak chcą. Kuląca się w jego pokoju kobieta nie wyglądała na kogoś, kto zrobiłby komukolwiek krzywdę, zarówno z powodu tego, że sama nawet nie była w stanie ustać na nogach, jak i dlatego, że po prostu nie było od niej czuć tego typu zapędów. Brayddrin miał wrażenie, że gdyby nieznajoma znalazła się w tarapatach, prędzej próbowałaby wziąć nogi za pas, niż walczyć z przeciwnikiem.
    - Skoro sądzisz, że to właśnie pomoże… - mruknął w końcu, a potem podszedł do znajdującego się w pokoju kominka.
    Mężczyzna przyklęknął przy kamiennej wnęce i ułożył wrzucone byle jak polana w stosik. Zagarnął nieco wiórków i kurzu na podpałkę, a potem zapalił wszystko kilkoma uderzeniami krzesiwa. Nie palił w kominku od wiosny i wysuszone na wiór, zakurzone polana zajęły się w okamgnieniu. Brayddrin wprawnie poprzesuwał je jeszcze pogrzebaczem, dorzucił nieco grubszego drwa, a następnie odwrócił się do kobiety. Miał nadzieję, że kiedy już się nieco ogrzeje i wrócą jej siły, będzie miał szansę poznać jej imię i ogólnie dowiedzieć się czegokolwiek. Kowal doszedł do wniosku, że za wparowanie mu do domu i domaganie się rozpalenia w kominku należało mu się chociaż tyle.

    OdpowiedzUsuń
  21. [Hejka! Yagna męczyła mnie od dłuższego czasu, żeby zapoznać ją w końcu z Sol. Co ty na to?]

    OdpowiedzUsuń
  22. [tylko ze nie wiem co mam powiedziec >.< ale bylysmy na paru blogach z natury przygodowo-fantasycznej xD a nicki to ja zmieniam co jakis czas wiec nie dziwne, ze nie mozesz kojarzyc ;p]

    Ziewnela.
    Nic szczegolne patrzac na to, ze wstawala nim kury pialy i po skromnym posilku zabierala sie do ogarniecia niewielkiego gospodarstwa, nim zajela sie wlasciwa robotą. Prawie, ze nie wychodzila z chaty a jak juz to by zajrzec tu czy tam, dokupic pare rzeczy albo cos oddac. Kontakty spoleczne ograniczala ile sie dalo. Nawet jesli specjalnie to robila, czasem jej samotnosc ciazyla. Nie mniej ze strachu przed rozpoznaniem i wydaniem, nie robila nic pod tym kierunkiem bojac sie komus zaufac. Gdy w gre wchodzilo zloto ludzie pokazywali swoje prawdziwe oblicze. Wolala nie ryzykowac.
    Jednak czasem, gdy miala juz dosyć szycia i innych zajec przychodzila do karczmy i ze szklanica grzanego miodu, przesiadywala w kaciku i przygladala sie i mieszkancom i przyjezdnym. Przy tych ostatnich pilnowala sie bardziej co czasem wychodzilo jej to na bakier z nerwawmi.
    Konczyl sie jej napitek. Miala jeszcze pare miedziakow, zatem wstala i podeszla do gospodarza. Usmiechnela sie przymilnie.
    - jak zwykle macie dobry trunek. - pochwalila.
    Mezczyzna pokrasnial z dumy mamroczac cos pod nosem.
    - jak tam wasza malzonka? Mam nadzieje, ze nowa suknia lezy jak ulal.
    - jak marzenie - odparl - zachwycala sie, ze sciegow nie widac.
    - to sie ciesze - jake by inaczej, skoro przesiedziala nad nia cala noc wypalajac ostatnia swiece - moge dolewke? - zapytala wracajac do tego po co tu wrocila. Siegnela do sakiewki, by odliczyc sume i sie skrzywila brakowalo jej ze dwoch miedziakow. Zmarszczyla czolo. Stala tak dlugo, ze karczmarz juz sie niecierpliwil i chrzaknal.
    - przepraszam - poczerwieniala lekko - brakuje mi... czy moglabym nastepnym razem oddac? - wlepila w niego oczka i wyraznie mrugala - bardzo prosze... - dodala z udawanym atakiem placzu - wasz miod jest najlepszy w misteczku - zauwazyla przekornie.
    - no.. dobrze - zgodzil sie - ale przy nastepnej usludze bedzie wiecej rzeczy.
    - niech bedzie - usmiechnela sie promiennie a jak sie odwrocil by nalac odetchnela. Co ona zrobila z kasa? Byla pewna, ze miala wiecej.
    Glowila sie tym problemem do czasu az dostala swoja nalewke. Ucieszona chciala wrocic do swego stolu, ale odkryla ze jest juz zajety. Az tak dlugo zamarudzila? Czas tak szybko lecial. Glupio bylo tak stac zatem wypatrywala innego stolika. Zwrocila uwage na jeden, gdzie siedziala jedna osobka. Poszla zatem zapytac czy jest wolne omijajac grupki podchmielonych juz stalych klientow.
    - ano, przepraszam, czy tu wolne? - wskazala na wolne krzeslo kobiety zajmujacej stolik. - bo dzis taki scisk jak nigdy dotad.

    Kat.

    OdpowiedzUsuń
  23. Mężczyzna przekrzywił nieco głowę, przyglądając się, jak ta dziwna kobieta wsadziła ręce w ogień. Inaczej nie można było tego nazwać - po prostu usiadła przy kominku, a następnie włożyła dłonie między płonące polana, jakby zanurzała je w ciepłej, przyjemnej wodzie. Albo szukała poszewki na poduszkę w stosie prania. Mimo młodego wieku, Brayddrin widział już w swoim życiu ludzi i nieludzi robiących o wiele dziwniejsze rzeczy. Odwiedził wioskę elfów, gdzie kobiety chodziły tak, jak je Elen stworzyła, widział też obsydianowe wieże kapłanów Nora wzniesione niewolniczą pracą, a także ślub trolli, który nie był udany jeśli nie rozłupano przynajmniej jednego czerepu. Kobieta wsadzająca ręce w ogień to była przy tym pestka.
    - Tu się ogólnie raczej nie zabija - odpowiedział na jej pytanie, marszcząc lekko brwi. - Zasłużyłaś czymś na to, by Cię zabić, Pani?
    Z jednej strony Brayddrin źle się czuł, jeśli nie pomógł osobie w potrzebie, ale z drugiej strony doświadczenie nauczyło go, że jeśli ktoś obawia się o swoje życie, to ma ku temu powody. I nie zawsze jest to niesprawiedliwość świata i okrutny los. Niektórzy są ścigani i zdecydowanie na to zasługują. Mężczyzna zastanawiał się, z którym przypadkiem miał teraz do czynienia.

    OdpowiedzUsuń
  24. [Dobra, chyba mam pomysł. Przez przypadek mogą się na siebie natknąć, szukając tej samej istoty - która potrafi przywdziać "cudzą skórę". I tak np. Rainar mógłby ścigać stwora, który wyglądałby jak Sol, trafić na prawdziwą Sol i wtedy wywiązałby się pojedynek, by z czasem doszli do zgody i wniosków, że nie są sobie wrogami i w zasadzie mogą razem szukać stworzenia, które wywołuje chaos w danym miejscu i to całkiem spory - nie tylko kradzieże, ale także morderstwa etc. Co Ty na to? Jakby to dobrze rozegrać, to i opowiadanie by z tego wyszło]

    Rainar

    OdpowiedzUsuń
  25. Domyślała się, że rudowłosa może ją dziwnie odebrać. Jednak sama też nie zachowywała się najzwyczajniej w świecie. Do tego jej stan… Sinan mogła ją po prostu zostawić. Przejść obok, nie zaczepiać, ominąć i zapomnieć, ale coś kazało się jej zatrzymać i podejść. Nie była w końcu do cna zła. Miała na sumieniu niejedno życie, ale nie czerpała z tego przyjemności. Tego wymagały od niej różne sytuacje, misje. Słysząc jej pytanie skinęła głową. Wiedziała jak rozpalić ogień, ale nie było takiej potrzeby. Nieopodal była wioska. Znała tam kilka osób, kogoś, kto mógłby je ugościć. Miała przy sobie nawet kilka sztuk srebra, by móc się odwdzięczyć za drobną przysługę. W chacie oprócz ciepła znalazłyby trochę jadła, a to z pewnością przydałoby się dziewczynie. Odebrała od niej kartkę i zapisała:
    „Niedaleko jest wioska. Zaprowadzę cię tam i pomogę. Znam tam jednego gospodarza”.
    Podała jej papier, czekając na jej reakcję. Wiedziała, że ta nie ma żadnego powodu by jej ufać ani żadnego by jej nie ufać. Musiała wybrać. Sinan nie zamierzała jej do niczego zmuszać. Jeśli nie będzie chciała z nią iść, rozpali jej ognisko i postara się zdobyć coś do jedzenia. Miała jednak nadzieję, że obejdzie się i bez tego. W dodatku oprócz ciepła i pożywienia rudowłosa potrzebowała też innej pomocy. Coś było z nią nie tak. Sinan obawiała się, że jest chora. Wyglądała na chorą. W wiosce urzędowała szeptucha, mogłaby jej pomóc. O ile faktycznie potrzebowała takowej pomocy. W każdym bądź razie nie chciała zostawiać jej samej. Tu nie było bezpiecznie. W lasach roiło się od różnych magicznych stworzeń. Od przeklętych potworów. Nawet za dnia coś mogło nagle rzucić się komuś na plecy i pozbawić go życia.

    [Ano z tego serialu :) Szkoda, że skończyli go tak szybko, bo zostało bardzo dużo tomów tej opowieści]

    OdpowiedzUsuń
  26. Nie mieszał się zwykle w sprawy ludzi. Nie interesowały go one, a i wiedział, że od angażowania się w cokolwiek, co go nie dotyczyło, może sprowadzić nieszczęście. Gdzieś na dnie serca pozostała chęć pomagania innym, wyciągania ich z kłopotów. Sam jednak nie był pewien, czy to było uczucie prawdziwe, czy też kwestia przyzwyczajenia. Poczucie obowiązku, które narodziło się z niewiadomej i istniało, irytując jak cierń wrażony w bok. Zagubienie, niepewność, chęć odkrycia samego siebie to były jedyne uczucia, które towarzyszyły mu od dawna. Chciał wiedzieć czym jest ta pustka w sercu, której nic nie potrafiło wypełnić. Chciał wiedzieć, dlaczego wciąż czuje tak ogromną wściekłość, której nie był w stanie w żaden sposób ukoić.
    Słyszał o tym, co wydarzyło się w mieście, gdy przebywał w jednej z tawern, w której postanowił się ogrzać, zjeść coś i napić się przed dalszą podróżą. Była to jednak kolejna informacja, która w jego życiu nic nie zmieniała. Miał zajmować się zachowywaniem równowagi, strzeżeniem światów przed totalnym chaosem, który mógł pojawić się z powodu coraz to nowych portali, nad którymi nikt nie sprawował kontroli. Nigdy nie wiadomo, co wylezie z takiego portalu i jakich szkód narobi. To było jego zadanie. Przynajmniej tego jednego był, jak mu się wydawało, całkowicie pewien. Czasem podejmował się innych zadań jako najemnik, jednak nigdy więcej, niż było to konieczne.
    Gdy się posilił, zapłacił karczmarzowi i wszedł z tawerny. Zatarł ręce, czując narastający chłód, po czym skierował się do małej stajenki, gdzie czekał na niego gniadosz. Osiodłał wierzchowca i wyprowadził go na zewnątrz, po czym dosiadł i wyjechał na gościniec, podążający w kierunku majaczącego na horyzoncie, ciemnego lasu. Szturchnął osowiałego konika piętami i pogonił go, bo rozgrzał się nieco po drodze. Ta noc zapowiadała się wyjątkowo zimno.
    Nim się ściemniło, udało mu się znaleźć schronienie w opuszczonej leśniczówce. Nim rozłożył obóz, zbadał dokładnie teren. Był przekonany, że leśniczego, który tutaj mieszkał, nie spotkało nic dobrego. Kawałek za zawalonym domkiem znalazł wygrzebane z ziemi, zmurszałe kości. Nie był przekonany, że to właśnie poprzedni mieszkaniec tego miejsca, jednak pewnym było, że wcześniej działo się tu coś strasznego.
    Wszedł w końcu do domku, znajdując uprzednio odpowiednie miejsce dla swojego gniadosza. Ukrył go, nie chcąc, aby ktokolwiek, kto włóczyłby się po lesie, natknął się natychmiast na zwierzę, które nie dość, że mogło zdradzić jego obecność tutaj, to jeszcze byłoby prawdziwą ucztą dla niejednego stwora.
    Rozpalił ognisko, by choć trochę się ogrzać. Nie liczył na to, że ciepło się utrzyma, nie w takich warunkach, jednak zawalone ściany dawały chociaż odrobinę schronienia, a to już było coś. Z tobołka wyciągnął igłę i nić. W nikłym świetle ognia usiłował zszyć rozdarty płaszcz. Cholera, przydałby się nowy, pomyślał, siłując się z igłą i nitką. Nigdy nie był dobrym krawcem, jednak nie musiał być. Wystarczało, że szwy były mocne. Bestie, z którymi zwykle walczył, nie dawały dodatkowych punktów za estetykę przeciwnika, więc nie uznawał tego za istotne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uniósł głowę, słysząc jakieś dźwięki poza chatą. Wstał cicho, ostrożnie wyciągając miecz z pochwy, który nie wydał przy tym najmniejszego dźwięku. Wycofał się w cień, spięty i gotowy do ataku.
      Zmrużył oczy, gdy do środka weszła kobieta. Wyglądała na zmęczoną, cuchnęła krwią, chociaż nie był w stanie stwierdzić, czy to jej własna, czy cudza. Nauczył się już dawno, by nie dawać zwieść się pozorom. Mogła wyglądać na chorą i bezbronną, a w następnej chwili odgryźć mu głowę. A to z kolei nie całkiem mu się podobało.
      Gdy przyjrzał się jej twarzy, poczuł się dziwnie. Zupełnie tak, jakby widział ją już gdzieś wcześniej. Skojarzył dopiero po chwili: to jej wizerunek widniał na listach gończych rozwieszonych po mieście.
      Wyszedł z cienia, gdy go zauważyła. Z uniesionym mieczem, wciąż gotów do ataku. – Nie znajdziesz tutaj schronienia – powiedział, czekając na jej ruch. Gdyby zaatakowała, odpowiedziałby. W końcu była morderczynią. Może powinien doprowadzić ją do miasta? W końcu kiesa zaczynała świecić pustkami, a za jej głowę wyznaczono sporą nagrodę.

      Rainar

      Usuń