niedziela, 19 listopada 2017

"Widzę tunel lustrzany, wyżłobiony, zda się, w podziemiach moich marzeń, groźny i zaklęty..."


Zabłądził. A przecież nigdy mu się to nie zdarzało. Podążał ciemnym korytarzem. Nie wiedział jak tu się znalazł. Kiedy, w jaki sposób, ile już już tu był... W głowie miał tylko pustkę, czarną dziurę niepamięci i dziwne uczucie, które kazało mu iść dalej, nie zatrzymywać się ani na chwilę. Wszędzie wisiały jednakowe, krystaliczne lustra świecące tajemniczą poświatą. Gdy w nie spoglądał nie widział nic, nawet siebie. 
- Raethynie, Raethynie chodź... - odezwał się nagle kobiecy, delikatny głos, a za chwilę roześmiał się perliście. Nie miał pojęcia skąd dobiegał. Nie przeląkł się jednak, wręcz przeciwnie zaczął iść coraz szybszym krokiem. Nie wiedział czemu.
- Dziecię nocy, moje dziecię... chodź! Spoglądaj w lustra.
Spojrzał. I ujrzał siebie. Tego dawnego. Przeląkł się, przeszedł go zimny dreszcz. Wróciły wspomnienia. W lustrach pojawiły się jego dawne ofiary, niewinni ludzie, spoglądający mu prosto w oczy. Krew. Szedł dalej. W pewnym momencie korytarz dopiekł końca, a na ścianie przed sobą ujrzał wielkie zwierciadło. A w nim ostatnią postać. Mały chłopiec, niewinny... on sam. Stał nieruchomo i patrzył na niego swoimi wielkimi oczyma ze smutkiem, ale jakby i z pogardą. Za nim rozciągał się ciemny las. Raethyn nie mógł tego znieść. Odwrócił się, chciał wracać. Ale drogę zagrodziła mu postać kobiety o jasnych włosach, ubrana w biało czarną, długą suknię.
- Skąd się tu wzięłaś? Jak? To ty do mnie mówiłaś? - spytał się, lecz nie odpowiedziała.
Zdenerwowany chciał przejść obok i iść dalej, lecz jakaś magiczna siła nie pozwoliła mu.
- Stój. Obejrzyj się dookoła. Przyjrzyj uważnie - odezwała się w końcu kobieta.
- Mam dość! Mam dość... - odpowiedział - To przeszłość, która nigdy nie ma prawa wrócić. A cały czas jest mi przypominana. Dręczy mnie, śledzi. Dlaczego? - krzyknął.
- Przeszłość, byłe życie, ale nierozerwalne od twojego istnienia. Przeznaczenie rozpoczęte przy twoich narodzinach, nie skończyło się wtedy na stosie. Trwa nadal.
- Nie, nie! Daj mi spokój, wypuść mnie stąd!
- Spójrz w głąb luster Raethynie.
Spojrzał. Śmierć, krzyk, ból, krew, wrzask. Wspomnienia.
- Widzę śmierć, tylko ją... - odrzekł.
- To twoje dziedzictwo. Jesteś dzieckiem śmierci. Moim dzieckiem - powiedziała łagodnie.
Popatrzył się na nią ze zdumieniem.
- Nie... Nie jestem niczyim dzieckiem - rzekł stanowczo, wyzywająco patrząc jej w oczy.
- Przyjmij z powrotem swój dar Raethynie! - kobieta zaczęła się denerwować, a w jej czarnych oczach pojawiła się iskra złości.
- Czuję, czuję że mam nowy dar... - odezwał się cicho, niepewnie. - Te lustra, rzeczywiście, miałaś rację, mają swoją głębię. Mały chłopiec wskazał mi drogę. Cały czas mi ją wskazywał, ale ja bojąc się przeszłości, nie potrafiłem tego zauważyć. Dopiero teraz to dostrzegłem. Wskazuje mi pewną drogę, ścieżkę, którą muszę podążyć, aby dotrzeć tam... do tego miejsca, które na mnie czeka.
- Jakiego miejsca? - odezwała się, zbliżając do niego.
- Nie wiem, jeszcze nie wiem.
- To brednie, omamy, ułuda. Zaburzenia twojej wyobraźni. Nie dostrzegasz potęgi swojej mocy? Wróć po nią, daj mi rękę, a ja ci wskaże prawdziwą drogę! Pomogę ci ją opanować. Będę cię wspierać. Raethynie?
- Nie! Koniec z tym raz na zawsze. Pomogłaś mi w inny sposób niż chciałaś, ale dziękuję. A teraz muszę odejść - odwrócił się i ruszył przed siebie, a tym razem bariera nie była w stanie go zatrzymać. Tajemnicza kobieta wściekła się, wrzasnęła na całe gardło. Rzuciła się na niego. Schwytała za jego szyję szponami, które nagle jej wyrosły. Przekręciła mu głowę i spojrzała głęboko w oczy. Świdrowała i dręczyła. Nie był wstanie się wyrwać. Jej twarz była piękna, ale i okrutna. Przyłożyła ją do jego twarzy, jakby chciała zadać śmiertelny pocałunek. Lecz nagle szary płomień, który w nim tkwił obudził się. Poczuł w sobie dziwną siłę. Odepchnął od siebie kobietę, która upadła na kamiennej podłodze.
- Pożałujesz tego! - krzyknęła, po czym rozpłynęła się w kałużę krwi.
Raethyn odetchnął, a za chwilę poczuł się słabo i zemdlał. Obudził się na polanie pośród ciemnego lasu. Na pniu jednego z drzew dostrzegł symbol taki sam, który wskazał mu mały chłopiec. Wiedział, że miał podążyć w tamtym kierunku.
Cały czas jednocześnie myślał o tamtej kobiecie. Czy rzeczywiście była jego matką? To był pierwszy i ostatni raz, kiedy ją widział. Nie był pewien, czy chcę ją znowu spotkać.


Cytat Bolesław Leśmian. Art by Exellero.