piątek, 1 grudnia 2017

Zadanie nr 1

          Powiódł mnie do ostatniego pomieszczenia wypełnionego stosami różnych rzeczy przykrytych zakurzonymi płachtami… Trzymał mnie za rękę mocno, jakby wciąż myślał, że to on ochroni mnie, nie na odwrót.
Archie... – ścisnęłam jego dłoń, dając znak, że jestem, że to wciąż ja. I żeby zwolnił.
Musimy iść – na przekór moim intencjom, moim myślom, które możliwe że słyszał, przyspieszył, ciągnąć mnie za sobą.
                Westchnęłam cicho i dałam się prowadzić. Zamczysko, w którym spędziliśmy ostatnie trzy noce było przeklęte. Wyczuwałam złą aurę już od samego początku naszego przybycia nie tylko w te mury, ale I okolicę. Ale byłam już wystarczająco stara, mimo pozorów młodego wieku, by nie dać się zwariować przez przeczucie. Bądź iluzji, bo miałam nadzieję, że to tylko urok wiszący nad gmachem ponurych kamieni, mający go chronić przed nieproszonymi gośćmi. Mój błąd.
Od tego nie uciekniemy – rzuciłam ponuro i szarpnięciem wyswobodziłam dłoń, zatrzymując się na środku sali, pełnej rupieci. Rupieci, bo połamany kołowrotek, puste skrzynie z rozpadającymi się od rdzy zamkami, oblepione pajęczynami nieużywane meble nie miały szans na drugie życie.
                Archibald stanął przede mną z miną... niezadowoloną to mało powiedziane. Był wściekły. I chyba też wystraszony. Dziwne, myślałam że wiekowy wampir zapomniał, co to strach.
Jesteś wiedźmą, odpraw to – nakazał, a miły, troskliwy mężczyzna, który mnie całował i przytulał kilka nocy temu gdzieś zniknął. A mnie zdecydowanie nie spodobał się ten ton.
                Spojrzałam w tył przez ramię. Każde drzwi które mijaliśmy, z wielką siłą zatrzaskiwał zaraz za nami. Gdyby ścigało nas coś, co posiadało żywe ciało, może by te starania spowolniły upiora, a nam kupiły trochę czasu. Ale to było coś poza materią cielesną. A my nie mieliśmy szans. Ja nawet nie wiedziałam, jakiego rodzaju istota za nami goni. Co powoduje jej cierpienie, bo lamenty, które słyszałam poprzedniej nocy przez mury zamczyska, dawały jasne świadectwo bólu i rozpaczy i to powodowało szaleństwo mordu.
Ty nas tu ściągnąłeś – przypomniałam. - Nawet nie wiem, z czym mamy do czynienia – dodałam, bo przecież bez tego, nie miałam pojęcia, co robić. Nie miałam też pewności, czy mogę zrobić cokolwiek.
Już dobrze – usłyszałam w odpowiedzi i mój wrażliwy kochanek powrócił. Podszedł blisko, objął mnie o uspokajająco pogłaskał po włosach. Jego zmiany nastroju mnie z kolei rozstrajały.
                Na nic się zdawały zapewnienia, bo byłam pewna, że żadne z nas cało nie opuści tego zamku. Był ogromny i nawet bez iluzji mogliśmy się tu zgubić, a w biegu i w plątaninie korytarzy oszaleć. Może nawet doprowadziłoby nas do pozabijania siebie nawzajem. Archibald nie żył od wieku ponad, ale były sposoby na zakończenie egzystencji wampira. Ja... jeśli bym tu umarła i znów się odrodziła w tych murach, moja klątwa zapętliłaby się w o wiele krótszy cykl, bo powrót z świata żywych i ponowne tam wstąpienie w krótkich odstępach czasu... Nie umiałam sobie nawet wyobrazić takiego koszmaru.
                Gdy staliśmy wtuleni w siebie, nawet jeśli nie czułam przyjemnego ciepła ciała, bicia jego serca, mogłam odetchnąć spokojnie i skupić się nie tylko na biegu. Pęd bez celu i tak prowadził donikąd. Znaleźliśmy się w pułapce. Ostatnia komnata w długim korytarzu, równie jak pozostałe była wystrojona, lecz świeżość i świetność tego wnętrza dawno już minęły. Wszystko pokryte brudem i kurzem, z sufitu straszyły pajęczyny i w każdym kącie zalęgło się już mnóstwo robali, pleśni i nie wiadomo jakiego paskudztwa. Nie rozumiałam w ogóle, jakim cudem taka rudera wciąż stoi? Czemu nie została zburzona, lub zagrabiona przez pana tutejszych włości? Dlaczego ludzie ze wsi niedaleko zachowywali się tak, jakby nie mieli pojęcia o istnieniu tego miejsca? Zwykła iluzja nie mogła wymazać pamięci starszych pokoleń, ktoś musiał na pewno wiedzieć o zamku i o tym, co się tu wydarzyło, kto tu niegdyś mieszkał...
Sol – mężczyzna objął mnie i odsunął się delikatnie, wskazując w kącie jakiś drobiazg, który odbijał światło tak intensywnie, jakby nas wzywał. - Sol, spójrz – powtórzył i puścił moją rękę, by wyminąć dekoracyjne sofy i pufki, wymyślny stoliczek Ii stanąć przy komódce.
                Ten pokój na pewno należał do kobiety. Był strojny, ale urządzony z elegancją i smakiem, a komódka była z rodzaju tych, przy których panie ozdabiają usta karminem, upinają pukle szpilkami z perłą i sprawdzają, czy gorset na pewno dość ciasno związano. Gdyby drewno nie pleśniało, ciężkie zasłony nie były po części sprute, a wszystko śmierdziało stęchlizną, może umiałabym docenić kunszt wystroju. Ale nie. Widmo upiora czyhającego na nas, nie pomagało mi czerpać radości z pobytu tutaj. Jak mogliśmy dać się omamić i zaskoczeni widokiem zamczyska w środku lasu, po prostu wejść do środka?! Jak to możliwe że doświadczeni latami, które przez magię wydłużały się w nieskończoność, nie oceniliśmy tej sytuacji trzeźwo, tylko rozgościliśmy się w upiornym zamku i daliśmy zwieźć pozorom prostej iluzji? Pierwsze wrażenie było wspaniałe: tajemniczy zamek, bogaty, wspaniały, piękny, stoi pusty i czeka na kochanków podróżujących w nieznane. Przecież to kawał stary jak świat! A my jak dzieci daliśmy się nabrać... Omamieni własnymi zachciankami, pragnieniami i żądzami, straciliśmy czujność.
-Nie dotykaj tego... - zasugerowałam cicho i podeszłam do niego szybko, łapiąc za ramię zatrzymując w miejscu przed mebelkiem. - Może to kolejna pułapka...
                Komódka stała jednak niewinnie wbrew na przekór słowom. Drewno popękane, zakurzone. Lustro także w beznadziejnym stanie, nie można było dostrzec swego odbicia między pęknięciami szkła i schodzącą warstwą od spodu. To co tak mocno błyszczało to niewielki kamień ustawiony na ciemnej aksamitnej chusteczce. O dziwo ta jedna rzecz nie wydawała się stara na tyle, by w sekundę rozpaść się i zamienić w pył.
- To jej serce – Archibald wypuścił powietrze z świstem i miałam wrażenie, że drgnął oszołomiony własnym odkryciem - Serce – powtórzył i obrócił się do mnie z szerokim uśmiechem. - To jest to! To po to tu jesteśmy – zaśmiał się zaraz krótko i donośnie i objął mnie, podnosząc do góry i całując w usta.
                Potrzebowałam chwili, by ogarnąć sytuację. Gdybym nie była tak naiwna i łatwowierna, a przy okazji tak łatwa dla przystojnych i charyzmatycznych facetów, pewnie wpadłabym na to od razu. Archibald był wampirem i z natury nie powinien się interesować kimś takim, jak ja. Nasze przeznaczenie się gryzło od początku. A jednak przypadkowe spotkanie w podroży w wspólnym kierunku nas zbliżyło. Z natury jestem samotnikiem, moja klątwa jest trudna do zniesienia osobom, którym może na mnie zależeć, więc łatwiej i dla mnie i otoczenia ograniczać bliskie więzi. Zwłaszcza, że zwykle ludzie starzeją się i umierają, czas nie jest dla nich łaskawy, a ja jestem odporna na tak okrutne działanie. Z wampirem może być łatwiej, bo i on jest nieśmiertelny... taka myśl sprawiła, że uległam urokowi stulatka.
-Po to? - wskazałam z zmieszanym grymasem na kamień, który mógł być nawet i diamentem, ale nie znałam się na tym i nie obchodziło mnie to zupełnie. - Po to tu jesteśmy?!
                Kochałam już nie raz i nie raz także traciłam głowę dla mrzonek. Także za życia, gdy byłam sobą przed klątwą , wszyscy wiedzieli, że mam wielkie serce, jestem roztrzepana i głowę mam pełną wielkich marzeń. Teraz jednak po prostu czerpałam radość w stosownej dozie, dbając o własne bezpieczeństwo i strzegąc swojej tożsamości i prywatności. Byłam wiedźmą, która nie mogła umrzeć, dzięki czemu cała wiedza i umiejętności, jakie posiadałam, rosły w siłę razem ze mną i nawet śmierć nie mogła tego zakończyć. Byłam silna. I nie raz przekonałam się, że nie ja mogę być dla kogoś ważna, ale moje moce. Tutaj się tego nie spodziewałam. Może po prostu to był czas, gdy potrzebowałam adoracji, zainteresowania i przyjemnych doznań. A może mimo upływu czasu, byłam równie głupiutka, jak młode dziewczyny.
Sol – wampir posłał mi uprzejmy uśmiech i nie rozczulił mnie tym tak, jak poprzedniej nocy. - Nie planowałem tego. Nie szukałem tego miejsca. Nie szukałem ciebie, by to wykorzystać. Nie wierzę w legendy, chociaż każde z nas jest świadectwem ich autentyczności. Ale to musi być powód, że ktoś taki jak ty i ja się tu znaleźliśmy– zapewniał, a ja nie mogłam go słuchać , próbując sklecić historię naszego spotkania, podroży, zbliżenia w logiczną całość. Coś mi chyba umknęło?
                W pewnym momencie jego słowa utonęły w śpiewie, który pojawiał się znikąd, ale rósł w siłę z każdą chwilą. Krzyknęłam, gdy potęga dźwięku zaczęła sprawiać mi ból. Zasłoniłam uszy dłońmi, lecz nic to nie dało. Tak się musiał czuć Archibald, gdy wczorajszej nocy przyszłam do niego, a ten wił się z bólu na łóżku. Tyle że wtedy wisiała nad nim postać otulona w białe łachmany z długimi czarnymi włosami, które wydawały się owijać wokół jego szyi niczym pętla z szubienicy. Cierpiało jego ciało, był duszony. A ja miałam wrażenie, że zaraz głowę mi rozsadzi. I wiedziałam, że długo nie wytrzymam.
                Podniosłam oczy na mężczyznę. Widziałam niepokój na jego obliczu. Widziałam ruch ust, gdy mówił, może nawet krzyczał. Nic do mnie nie docierało. Tylko ten śpiew, wysokie dźwięki i wcale nie pełne słodkiej melodii. To nie była syrena, ani jej diabelski duch, na pewno, bo to wycie w mojej głowie pochodziło od kogoś, komu słoń nadepnął na ucho. Ale diament... ten kamień zaczął jarzyć się czerwonym blaskiem i miałam wrażenie, że w tym tkwi siła upiora. Archie nazwał to sercem... może wcale się nie pomylił?
                Osunęłam się na podłogę, tracąc siły. Przeklęte miejsce. Przeklęta kraina! Od kiedy tu trafiłam, spotykały mnie same problemy! Najpierw o mało co nie zamarzłam z zimna, gdy podróż przez portal naruszył moją magię. Później oskarżono mnie o zbrodnie jakiegoś... jakiegoś zmiennokształtnego idioty, który zabawiał się moim kosztem i spełniał swoje mordercze fantazje jako ja. A teraz to. Krótki romans z nieumarłym może nie był czymś, co bym wykreśliła, ale koniec tej przygody nie rysował się kolorów.
-Sol! Sol! Sol! - moje imię nawoływane bez przerwy, bez wytchnienia, a do tego szarpanie za ramiona sprawiały, że wciąż wiedziałam, gdzie jestem. Nie odpłynęłam jeszcze, choć nie miałam sił nawet unieść powiek. Ale mój towarzysz się nie poddawał. W pewnej chwili poczułam, jak bierze mnie w ramiona, podnosi i zaczyna iść.
-Archie... - nie otworzyłam jeszcze oczu, nie wiedziałam też, gdzie jesteśmy. - Gdzie ty biegniesz? - Z każdym kolejnym jego krokiem dźwięki w mojej głowie były mniej uciążliwe. 
-Jest jedno wyjście – oznajmił i dopiero po chwili zdobyłam się na to, by unieść powieki.
-Oszalałeś?! - krzyknęłam krótko, łapiąc się go kurczowo. Zacisnęłam palce na jego koszuli, lecz nie po to, by się wtulić w mojego bohatera, ale po to, by go odepchnąć.
                Archibald stał na szerokim parapecie okna i patrzył w dół. Całe zamczysko wznosiło się na niewielkim wzgórzu, było otoczone nie tylko fosą, ale szerokim rozlewiskiem, które prawdopodobnie zostało sztucznie utworzone, gdy połączone dwie rzeki. On chciał skoczyć. A ja za nic w świecie! Rozumiałam jego tok rozumowania, gdybyśmy opuścili komnatę, znów biegalibyśmy po korytarzach, mijając komnaty, gubiąc się w plątaninie pokoi i przejść między nimi, pomiędzy schodami na piętra, czy skrótowymi przejściami między pomieszczeniami. To był istny labirynt, a złośliwość upiora nie pomagała w ucieczce. Ale to... to było wariactwo!
Ja tego nie przeżyję – uderzyłam go w pierś i zeskoczyłam z parapetu.
Jak to nie? - zdziwiony uniósł brew i wiedziałam, skąd się to wzięło. Przeżyłabym to, ale gdybym utonęła... Śmierć mnie nie bolała, ale nie należała do najprzyjemniejszych odczuć.
Nie chcę skakać – sprostowałam.
                Odetchnęłam głęboko i spojrzałam w stronę komódki. Kamień nadal na niej leżał. Teraz jednak nie błyszczał tą diaboliczną czerwienią. Czy kilka kroków dystansu sprawiło, że wciąż mam głowę na karku? Czy to to uratowało mnie od... czegokolwiek co miało nastąpić?
Myślisz, że powinniśmy to zniszczyć? - spytałam niepewna tego pomysłu.
Istniała pewna logika w rozumowaniu Archibalda. Kamień był sercem. Upiór był kupką nieszczęścia I atakował tych, co się zbliżyli. W zemście? W czystej zawiści? Czy po prostu reagował tak na własne cierpienie? Jeśli kamień miał moc, był związany, lub co więcej więził tę istotę, czy zniszczenie go uwolni, czy także unicestwi? A może jeszcze bardziej rozwścieczy?
 - Myślę, że cokolwiek zrobimy, będzie lepsze od czekania na to, co dla nas szykuje ta zdzira – usłyszałam w odpowiedzi. I to mi się spodobało, lubię konkrety.
                Gdy ja wciąż stałam przy oknie, nie chcąc zbliżać się do komody i skarbu, który na niej leżał, mój towarzysz podszedł bez cienia wahania i strachu. Chwycił w dłonie kamień i z zamiarem rozwalenia go w drobny pył, napiął mięśnie, ściskając go z całych sił. Dla wampira to nie problem, ich umiejętności są przecież doskonale znane I doceniane, ale tym razem chyba się przeliczył. Spróbował znów i oglądałam dobre kilka minut rożne pozy, jakie przybierał, wysiłek malujący się na jego twarzy, dostrzegłam nawet drżenie ramion przy użyciu całych zapasów sił, jakie w sobie nosił. Nic.
 - Chyba żartujesz.... - mruknęłam, nie mogąc uwierzyć własnym oczom. Co gorsza, nie miałam pomysłu, jak zadziałać, by pomóc. Jakoś nie przywykłam do roli panny w opałach, która jedynie czeka na ratunek. Chciałam działać!
                Wampir odłożył kamień na komodę. Rozprostował ramiona, z wyczuciem wyłamał sobie po kolei każdy palec w dłoni i nastawił na nowo, a wszystko z niezadowoloną miną. Był wściekły. Okazał się za słaby, by nas wyciągnąć z tarapatów. Ale też nie było czasu na reperowanie jego męskiej dumy, więc w kilku susach doskoczyłam do niego, porwałam błyskotkę i z całych sił rzuciłam nią w ścianę. Nic.
Brawo – dostałam jednak pochwałę w postaci kpiarskiego komentarza i klepnięcia w ramię. - Użyj magi. Rusz głowa, bo rączki masz wątłe, dziecino! - żachnął i podniósł z posadzki kamień, podając mi go na wyciągniętej dłoni.
Nie wiem, co robić! - rzuciłam z złością.
                Egzorcyzmy działają na duchy. Na zbłąkane dusze. I na demony, które przeszły z drugiej strony bez zakotwiczenia się w tym świecie, więc potrzebowały istoty oddychającej, jako kotwicy. Ale upiór to coś innego. To coś jakby skazaniec wśród duchów, to coś jak istota przywiązana i karana pośmiertnie. Nieszczęśliwie zmarła, lub niesprawiedliwie zabita... Było mnóstwo możliwości, ale też wiele czarów, które mogły działać... Nie byłam pewna, kiedy trafię w odpowiednie zaklęcie, a przecież w jednej chwili mogło się to coś tu zjawić... Mnie ogłuszyć, Archibalda udusić...
Dawaj mi to – wyciągnęłam ręce, chwytając w swoje dłonie kamień. Lepiej jest coś robić, niż stać bezczynnie., bo to na pewno donikąd nie prowadzi.
Wampir zaczął przenosić meble pod drzwi, by je zastawić. To że wciąż myślał tak przyziemnie było czasami urocze. Ale teraz jedynie wywróciłam oczami. Nie mieliśmy soli, nie mieliśmy lawendy, ani słomy do ochrony. Ale gdy nie patrzył, rzuciłam urok na komnatę, blokując przynajmniej na jakiś czas dostęp do niej z zewnątrz dla istot wszelakich. Ale niech ten przystojniak sądzi, że to jego mięśnie nas chronią.
                Skupiłam się na kamieniu i zaczęłam po kolei testować zaklęcia. Jedno na wypędzenie. Jedno na uwolnienie. Jedno na odpędzenie nieszczęścia i bólu. Kolejne na przywrócenie spokoju, harmonii. Nie byłam pewna, czego nam potrzeba. Ofensywy, czy defensywy. To my byliśmy atakowani,a le jednak nie mogłam być pewna, że to co za tymi atakami stoi, jest złe i tylko przez okrutną naturę nas ściga. Zbyt wiele bólu słyszałam w tym krzyku i zbyt wiele tajemnic kryło to miejsce, które nota bene samo w sobie było mistyczne.
                Nie musiałam czekać długo na odzew. Kamień zajarzył się znów czerwienią, zaczął przypominać rubin jaśniejący niczym gwiazda. Ja jednak tym razem niczego nie poczułam. Trafiło na Archibalda. Wrzasnął przeraźliwie z bólu I zaczął drapać się po torsie, upadając na kolana.
Nie przestawaj! - nakazał I miał rację. Coś działało. Kontynuowałam.
                Nie mogłam się rozproszyć. Musiałam być niewzruszona, nieczuła, głucha i ślepa na ból, jaki przeżywał mężczyzna. Rzucał się po pokoju, własnymi pięściami rozwalał ściany, meble, wrzeszcząc wniebogłosy. Chyba nawet.... płakał? Nie odrywałam wzroku od kamienia, który jarzył się coraz jaśniej, przechodząc z czerwieni do złoto-bursztynowej barwy. Miałam wrażenie, że jestem blisko, choć zapętlona w zaklęciach nie umiałabym powiedzieć, które uderzają w istotę najbardziej. Łączyłam ich wiele.
                W jednej chwili zamkiem zatrzęsła ogromna siła. Tak jakby od jego fundamentów grunt się zaczął osypywać. Trzęsienie ziemi tak potężne, że poleciał nam na głowy cały brud, wszystkie pajęczyny z sufitów. Ledwo trzymające się przy okiennicach zasłony runęły na stare dywany i o mało co nie udusiłam się kłębami kurzu. Wciąż słyszałam obok siebie krzyki mężczyzny, lecz nie reagowałam. I wtedy ciałem wampira wstrząsnął dreszcz I upadł bez sił jak kukła na podłogę. Ten dźwięk pokrył się z grzmotem jaki rozdarł niebo nad zamczyskiem, ale w tym wypadku byłam pewna, że to nie pogoda, a upiór wyładowuje się, tworząc kolejne iluzje. Rzuciłam krótkie spojrzenie na Archibalda, ciało miał całe, nie odrąbało mu nic głowy, więc żył nadal. I pewna, że będzie dalej wampirem, zacisnęłam mocniej palce na kamieniu, uderzając w niego kolejnymi zaklęciami. Musiałam nas uratować. Siła nie wystarczyła, trzeba było sięgnąć głębiej i jeśli mogłam nas ocalić... nie było szans, bym się poddała.
Sol... - Archie się przebudził i podczołgał do mnie. Upiór już go nie sięgał, a kamień zmienił kolor. Jaśniał srebrem, jak gwiazda na niebie. Za to zamek...
                Trzęsienia się nasiliły. Wszystko zaczynało się sypać. Wnętrze rozpadało się na naszych oczach, po kolei meble, dywany zamieniały się w pył, a ściany zaczynały kruszeć. To było najgorsze. Pojawiło się wycie, jakby sama budowla nie mogła tego znieść. Archibald stanął na drżących nogach obok, oddychając głęboko. Podniósł ramiona nade mnie i osłaniał mnie, gdy po kolei nawet dach zaczął odpadać, a wszystko celowało właśnie w nas. Nie przestawałam zaklinać, choć byłam w takim amoku z strachu i determinacji, że sama siebie nie rozumiałam. Ale coś się działo.
Sol, starczy, uciekamy! - słyszałam nad uchem. Ale nie ciągnął mnie za ramie, nie chwycił mnie, by uciekać. Czekał, aż skończę. A wiedziałam, że jeśli tego nie zrobię, to kolejne ofiary tu trafią i oszaleją, a przez upiorne miejsce i istotę, która tu żyła, stracą także życie.
                Na biednego wampira zaczęły się sypać belki i kamienie z dachu. Stał jednak równie zdeterminowany jak ja i stanowił dla mnie żywą tarczę. Pył wchodził mi do oczu, do ust i nosa, gdy oddychałam i mówiłam. Kamień przestawał jaśnieć. Zaczął mnie parzyć w dłonie. Płakałam. Łzy leciały już od jakiegoś czasu, ale nie byłam tego świadoma z początku. Ten amok... to silna magia tak działała na praktykanta, porywała go i więziła, omamiając i trochę otępiając zmysły. Nie raz przez to przechodziłam, choć nigdy z takich powodów i w takich warunkach.
                Kolejne minuty były bardzo niepewne. Nie wiedziałam, czy wytrzymam. Ale blask kamienia malał, bił jedynie od środka, a brzegi zaczynały przypominać zwyczajny kamyczek, który znaleźć można przy drodze. I także on zaczął kruszeć. Ale dłonie miałam poparzone, całe w pęcherzach! I bolało to jak jasna cholera!
Już dosyć – Archibald w końcu chwycił mnie za rękę i już myślałam, ze wykorzysta ten moment, byśmy uciekli. Bo deski w podłodze zaczęły trzeszczeć i po kolei pojawiały się dziury, przez które widać było komnatę piętro niżej. Wszystko zamieniało się w pył. Wampir jednak objął moje dłonie swoimi, jakby chciał mi pomóc skończyć. I może to dodało mi sił, by nie cofnąć rąk. Wytrzymałam jeszcze kilka sekund. Tyle, ile było potrzeba, by w moich palcach został jedynie proch.
                Sama bym nie dała rady skoczyć na nogi i rzucić się tam, gdzie niedawno wydawało się, stało okno. Mężczyzna pochwycił mnie, podniósł bez wysiłku i bez opamiętania wybiegł przez pył, kurz i nieustający wciąż wrzask na zewnątrz.
                Spadania nie pamiętam. Trwało chwilę. Później tylko ta zimna woda nas omiotła, aż straciłam dech w piersi. I w tej lodowatej wodzie, równie lodowate ręce porwały mnie w górę ku powierzchni. Powietrze było cudownie piekące w płucach. A okolica tak cicha, aż bałam się, że ogłuchłam na koniec. Chwytałam łapczywie kolejne oddechy. Obróciłam się i na brzegu zatoki zobaczyłam go, nadal żywego.